Jak wytrzymała próbę czasu? Tak sobie. Sterowanie nie zawsze sprawdza się tak dobrze, jak byśmy chcieli. Kamera niekiedy wskazuje nie ten kierunek, którego oczekujemy. Kontrolowanie bohatera jednym drążkiem analogowym ogranicza i sprawia, że czujemy się ułomni. Grafice, mimo znacznego odświeżenia, wciąż daleko do oprawy współczesnych gier akcji. Pomysły, niegdyś innowacyjne i stawiające na głowie cały rynek gier wideo, widzieliśmy powtórzone już w tylu tytułach, że nie robią na nas wrażenia. Ale właśnie – powtórzone. Jakakolwiek krytyka tej produkcji, jakiekolwiek zarzucanie jej niedzisiejszości i niedopracowania elementów musi być obarczone świadomością, że to ona była pierwsza. Czepianie się tego to jak mówienie, że efekty specjalne w pierwszych Gwiezdnych wojnach były kiepskie i wyglądałyby lepiej przerobione na grafikę komputerową. Nie chcecie stać po stronie ludzi, którzy wolą efekty z Gwiezdnych wojen w formie grafiki komputerowej.
Współczesny kontakt z Ocarina of Time to podróż w dawne czasy projektowania gier. Podróż w dużej mierze historyczna, którą na pewno powinien odbyć każdy, kto chociaż trochę bardziej serio interesuje się elektroniczną rozrywką. Pozwoli mu ona zobaczyć, jak kształtowały się schematy współczesnej trójwymiarowej gry akcji, pod które Nintendo położyło podwaliny swoim Super Mario 64, a w tej właśnie Zeldzie nadało im kształt kopiowany do dziś. To także ta gra jako jedna z pierwszych zdradzała bardziej filmowe ambicje twórców i – jak przyznaje sam Shigeru Miyamoto – miała być swego rodzaju eksperymentem w tworzeniu nowych form interaktywnej rozrywki. Jego celem nie było przenoszenie wprost rozwiązań znanych z filmów, a wzięcie z nich pojedynczych elementów, wzmacniających siłę przekazu, prowadzonego wciąż w języku gier wideo.
No i końW tym sensie granie w Ocarina of Time to nie tylko odkrywanie, jak wiele rozwiązań, które teraz uznajemy za oczywiste, wcale takimi nie jest – przyznać trzeba, czasem dość frustrujące. To również przekonywanie się, czym mogą być gry w najczystszej postaci, do czego potrafi aspirować ta forma rozrywki, jeżeli tylko trochę mocniej chce. I kiedy otworzymy oczy na ten aspekt, kiedy przekonamy się, jak wielką radość daje sama zabawa, samo operowanie bohaterem i mierzenie się z wyzwaniami, rzucanymi nam przez twórców, zorientujemy się, jak – w tym sensie – ta gra wcale się nie zestarzała. Mało tego, jest pod wieloma względami nowocześniejsza, ambitniejsza, bardziej wizjonerska i odważniejsza niż niejedna współczesna superprodukcja, nastawiona na jak najbardziej masową popularność.
Ocarina of Time to także pozycja, która idealnie trafiła z czasem swojej premiery. Oto w 12 lat po wydaniu pierwszej Zeldy jeszcze na NES-a pojawiła się pierwsza część serii, w której można było zagrać dorosłym Linkiem. Przejście od jego – tradycyjnej dla tego cyklu – dziecięcej postaci do realistycznie animowanego dorosłego człowieka u wielu fanów idealnie zgrało się z ich własnym wchodzeniem w dorosłość. W tym sensie tytuł ten wymyka się normalnej krytyce już nie tylko jako kamień milowy w rozwoju całej gałęzi rozrywki, ale także jako symbol całego pokolenia.
Pytanie o to, czy w The Legend of Zelda: Ocarina of Time warto zagrać, jest już na wstępie źle postawione. W tę grę bowiem po prostu należy zagrać, należy w nią zagrać tak samo, jak wypada znać najwybitniejsze dzieła kultury, nawet jeżeli kontakt z nimi nie zawsze jest łatwy. To, że dzięki jej nowej wersji kolejne pokolenie graczy otrzymało okazję do zapoznania się z tą produkcją, jest pięknym ukłonem Nintendo w ich stronę, wykraczającym poza cyniczną próbę zarobienia raz jeszcze na tej samej grze (a jest to już czwarty raz, kiedy japońska firma wydaje odświeżoną wersję swojego przeboju). I w tym wypadku to my powinniśmy być wdzięczni.