Kiedyś gry były lepsze, teraz liczy się tylko grafika, nowe produkcje nie mają klimatu. Takie narzekania słychać zewsząd, szczególnie w odniesieniu do kontynuacji kultowych serii, co do których fani mają przeważnie wygórowane oczekiwania. I trudno się często nie zgodzić z tymi zarzutami. Przykład? Gry, które mają straszyć. I nie chodzi o przerażająco rozpikselowane tekstury, dramatyczny poziom dialogów i fabułę, która swoją głupotą powoduje u grającego konwulsje. Złota era horrorów dawno minęła, ale czy ma szanse na wielki powrót?
Strach ma wielkie piksele
Ludzie lubią się bać. Wiedzą o tym od dawna autorzy powieści i twórcy filmów. Nie inaczej jest ze światem gier, w którym również doświadczamy przygód, z założenia mających zjeżyć nam włos na głowie. Wiele osób wskazuje na Alone in the Dark z 1992 r. jako na prekursora multimedialnych horrorów. Faktycznie tytuł Infogrames wytyczył nowy kierunek, który z czasem zaczęto nazywać survival horrorem, ale pierwszą grą grozy na pewno nie był. Nie można bowiem zapominać o Haunted House z 1982 r. na Atari 2600 czy Sweet Home z 1989 r. na NES-a. Da się też spotkać zwolenników broniących tezy, jakoby Pac-Man z 1980 r. był pierwszym survival horrorem w dziejach. W końcu główny bohater przemieszcza się po okrytych mrokiem korytarzach labiryntu i ucieka przed duchami, z którymi nie ma szans w bezpośrednim starciu. Do czasu, aż zje wisienkę.
Straszące piksele w pierwszym Resident Evil.Pozostawmy jednak początki gatunku w spokoju i skupmy się na dwóch produkcjach, które w ogromnym stopniu przyczyniły się do popularyzacji multimedialnej grozy w nieco odmiennych postaciach. Przed laty twórcy tych tytułów zrobili kawał dobrej roboty i uzależnili spore grono miłośników gier od przygody z dreszczykiem. Resident Evil niedawno obchodził 15-lecie istnienia cyklu, natomiast Silent Hill jest już z nami trzynasty rok. Przez ten czas obie serie zaliczyły spore sukcesy i nieprzyjemne wpadki, a rok 2012 może okazać się dla nich wielkim sprawdzianem.
Kanapka z Jill, czyli zombie klasy B
Capcom w 1996 r. wybudował posępne domostwo, zapełnił je szwendającymi się zombiakami i leczniczymi roślinkami, skonstruował mniej lub bardziej wymyślne zagadki i zaprosił na domówkę agentów S.T.A.R.S. Walka o przetrwanie w tejże posiadłości tak bardzo przypadła do gustu graczom, że wkrótce doczekali się kolejnych odcinków historii z Umbrellą i zabójczym wirusem w tle.
Przepis na pierwsze części cyklu Resident Evil był prosty: robimy statyczne, pre-renderowane lokacje, po których poruszają się trójwymiarowe postacie. Klimat budujemy ustawieniami kamery, które pokazują akcję pod różnymi kątami. Świetny patent sprawiający wrażenie „filmowości”, ale nie do końca dobrze sprawdzający się w momencie, gdy dochodzi do starć z nieumarłymi. Tak czy inaczej, pod koniec lat 90. takie rozwiązanie zapierało dech w piersiach i mroziło krew w żyłach. Innymi słowy: bardzo spodobało się graczom.
new WP.player({ width:610, height:343, autostart:false, url: 'http://get-2.wpapi.wp.pl/a,61764431,f,thumb/4/e/c/4ecd6ad83dad86fb6085c010175c4b78/fecf4bbe7a15e3253140f65c03820e85/Resident_Evil_Operation_Raccoon_City_Character_Trailer_360_PS3_PC_SaveYouTube_com_.mov', }); Resident Evil: Operation Raccoon City. Wersję wideo w wyższej rozdzielczości znajdziecie pod Przez lata Capcom stworzył kilka świetnych produkcji z cyklu Resident Evil, nieraz decydując się na osobliwe eksperymenty. Outbreaki czy Gun Survivory przyjęto z mieszanymi uczuciami, niemniej główny trzon serii pozostawał nienaruszony i gracze przeważnie otrzymywali to, czego oczekiwali. Aż do części czwartej.
Resident Evil 4, będący początkowo tytułem na wyłączność dla Gamecube’a, postawił na zupełnie inny rodzaj rozgrywki. Kamera zjechała nad bark bohatera dramatu, co umożliwiło podkręcenie tempa akcji. „Czwórka” była już niemal pełnoprawną strzelanką TPP. Twórcy pozostawili kilka flagowych dla serii elementów, ale szybko można się było zorientować, że to już nie ten sam Resident co kiedyś. Niemniej tytuł zebrał sporo pochlebnych ocen, nie zmieniło to jednak faktu, że survival horror Capcomu obrał nowy kurs. Takim samym podążyła też piąta część.