Atari, firma z tradycją. Niegdysiejszy król domowych platform do gier ostatecznie spłynął w klopie historii za sprawą nieudanego Jaguara, ale w drugiej połowie lat osiemdziesiątych Atari stanowiło jeszcze siłę, jakiej nie wypadało lekceważyć. Ryś był ich pierwszym (i jak się później okazało – jedynym) handheldem, wydanym na świat we wrześniu 1989 – niespełna pół roku po japońskiej premierze GameBoya i niemal równocześnie z europejską. A zatem czasowo kocur wbił się całkiem nieźle i miał wcale niemałą szansę namieszać na rynku. Dlaczego zatem ostatecznie nie zamieszał? Aby odpowiedzieć na to pytanie, przyjrzyjmy się tej bestyjce z bliska. Poczynając od jego narodzin…
KOCIA ARYSTOKRACJA
Pomimo tego, iż – jak już wspomniałem – Lynx był pierwszą pełnoprawną konsolą przenośną wypuszczoną przez Atari, firma miała już skromne doświadczenie na tym poletku. W 1978 roku wyprodukowali prościutkie urządzenie ochrzczone mianem Touch Me, z którym zabawa ograniczała się do powtarzania odpowiedniej kombinacji przycisków. Prace nad dużo bardziej zaawansowanym Rysiem ruszyły w roku 1986 w niespecjalnie znanej firmie Epyx. Dopiero na początku 1989 roku oba koncerny dogadały się w kwestii produkcji i dystrybucji urządzenia pod szyldem Atari.
Tu zapewne trzeba doszukiwać się jednej z przyczyn niefortunnego startu konsoli – w tak krótkim czasie nie zdołano wyprodukować wystarczającej liczby sztuk, w efekcie Lynx zadebiutował w mocno ograniczonym nakładzie, w przeciwieństwie do GameBoya, którym Nintendo masowo zalało sklepy. Kolejnym straszakiem na klientów okazała się wygórowana cena – niespełna 180 dolców, czyli dwukrotnie więcej niż za swój gadżet wołało Nintendo. Nic dziwnego, że handheld Atari zaliczył falstart, którego nie udało mu się nadrobić przez całą resztę swego sklepowego żywota, nawet pomimo tego, iż pod wieloma względami przebijał konkurencję na całej linii. No właśnie, poświęćmy zatem chwilę żeby przypomnieć dobre strony Lynxa.