Takie i podobne bzdury słyszymy coraz częściej od wspaniałych twórców gier. Jednak jako stary pecetowy wyjadacz wiem, że strategie turowe to jedne z najlepszych produkcji, w jakie można grać. Ba! Znam nawet jeden tytuł z tego gatunku, który trzyma w napięciu jak Silent Hill, a akcja dostarcza równie dużo emocji.
X-Com: Terror from the Deep to turówka opowiadająca o dość nieprzyjemnym konflikcie miedzy ludźmi a kosmitami. Stwierdzili oni bowiem, że naszą planetę można sobie ot, tak podbić. Jednak ich plan miał pewną wadę, a byliśmy nią my i nasz oddział prewencyjny. Jak nietrudno się domyślić, wcielaliśmy się w dowódcę owego oddziału, co pociągało za sobą tonę odpowiedzialności. Oprócz losu naszej planety na naszych barkach spoczywała rozbudowa bazy, rozwój nowych technologii, handel i oczywiście eksterminacja najeźdźców, czyli to, co lubimy najbardziej.
Akcja gry toczyła się na trzech różnych poziomach. Pierwszy z nich przedstawiał nasz piękny glob. To tutaj rozmieszczaliśmy bazy i śledziliśmy poczynania panoszących się wszędzie kosmitów. Warto wspomnieć, że Ziemia była w pełni trójwymiarowa i nie dość, że mogliśmy nią obracać na wszystkie strony, to na dodatek dało się dokonywać zbliżeń à la Google Maps. W tamtym okresie robiło to spore wrażenie.