Może i pogoda na to nie wskazuje, ale w końcu dopadło nas lato. Dla niektórych oznacza to początek wakacji, dla innych wymarzony urlop, a są i tacy, którzy czekali na ciepłe, słoneczne dni, by pojeździć na swoich ukochanych rowerach. Niestety, aura za nic ma czyjekolwiek plany i raczy nas ostatnio ulewnymi deszczami i burzami. Cierpią na tym głównie wspomniani właściciele jednośladów, gdyż alternatyw dla ich hobby nie ma za wiele. W końcu jazda po przedpokoju odpada, a moknięcie na świeżym powietrzu nie należy do przyjemności. Na szczęście z pomocą przychodzą konsole, a ja akurat mam pewien tytuł dla miłośników pedałowania!
Trzeba przyznać, że gier o rowerach jest jak na lekarstwo, a jak już się pojawiają, to są nudnymi symulatorami maratonów, w których niekoniecznie musimy brać bezpośredni udział. Na szczęście pod koniec 1994 roku z pomocą przyszło studio DMA Design, serwując niecodzienne wyścigi – Uniracers. Jest to tytuł pod wieloma względami dość specyficzny. Po pierwsze: mamy tu do czynienia z widokiem z boku, który jest bardzo nietypowy dla tego gatunku gier, a po drugie: ścigamy się… monocyklami!
Zasady Uniracers przypominają trochę te z Super Mario Kart. Do wyboru dostajemy kilka wydarzeń, które zawierają po pięć zadań. Naszym celem jest zdobywanie kolejno brązowych, srebrnych i złotych medali, co odblokowuje dostęp do coraz trudniejszych i bardziej skomplikowanych etapów. Daje to w sumie 45 różnych wyzwań, co przekłada się na wiele godzin spędzonych z grą. Oczywiście w znakomitej większości są to wyścigi, w których musimy wykazać się prędkością, ale nie tylko. Monocykle mają możliwość skakania i wykonywania najróżniejszych powietrznych trików, które w znacznym stopniu wpływają na samą rozgrywkę. Otóż po prawidłowym wykonaniu ewolucji nasz jednokołowiec dostaje zastrzyk szybkości. Oczywiście bez tego możemy tylko pomarzyć o wygranych, dlatego opanowanie tych akrobacji jest bardzo ważne. Pomaga w tym jedno wyzwanie, które znajduje się w każdym z wydarzeń. Mianowicie trzeba wykonać odpowiednią ilość sztuczek w określonym limicie czasowym. Można by pokusić się o stwierdzenie, że to taki wczesny Mat Hoffman’s Pro BMX.
Co do samych tras zostały one bardzo ciekawie zaprojektowane i nawet przez sekundę nie pozwalają się nudzić. Skonstruowane są z rur, tworząc pętle, skocznie i najróżniejszego rodzaju przeszkody. Zapamiętywanie ich oczywiście pomaga w wysuwaniu się na czoło stawki, jednak nie jest to konieczne. Dlaczego? Wszystkie tory pomalowano bowiem w ściśle określonych kolorach, które ostrzegają, czy nieopodal nie leży spowalniający nas różowy glut, czy kierunek trasy zaraz się nie zmieni albo czy przed nami nie pojawi się miejsce do wykonania paru udanych ewolucji. Do tego dochodzą odcinki specjalne, które rozpędzają nas do niesamowitych prędkości i świdry zmieniające kierunek jazdy. Wszystko to sprawia, że wyścigi są bardzo dynamiczne i pełne emocji. I takie też miały być! DMA Design chciało bowiem stworzyć grę na SNES-a, która tempem zabawy będzie dorównywać słynnemu ** Sonic the Hedgehog **. Dzisiaj możemy stwierdzić, że udało się to na medal!
Niestety, nad Uniracers szybko zawisło straszne fatum, a to za sprawą samych monocykli. Okazało się, że „żywe” jednokołowce, które miały swoje humory i zachowania, do złudzenia przypominają bohatera filmu Red’s Dream studia Pixar. Mimo tłumaczeń DMA Design, jak i samego Nintendo, że to tylko przypadek, i tak doszło do burzliwego procesu sądowego, co poskutkowało wycofaniem gry ze sklepów niedługo po jej premierze. Sprzedano zaledwie 300 tysięcy egzemplarzy Uniracers, stąd mało kto słyszał o tej produkcji, nie mówiąc już o samym graniu. Strzeżcie się zatem! Ożywione rowery należą tylko i wyłącznie do Pixara!
Uniracers to tytuł wyjątkowy pod każdym względem. Jest szybki, niesamowicie grywalny, a przy tym uzależniający. Do bardzo rozbudowanego trybu dla jednego gracza dokooptowano wspaniały multiplayer, który pozwala chociażby na rozegranie całej ligi z kolegami. W końcu nie ma to jak dać łupnia komuś znajomemu! Uniracers powinno znaleźć się na liście każdego fana wyścigów, jak i na półce każdego posiadacza SNES-a. Szkoda tylko, że przez głupie waśnie i spory nie jest to rzecz prosta. No, cóż. Niełatwo być graczem.