Nie jest to łatwe do osiągnięcia i wymaga sporo wysiłku oraz determinacji od zawodników. Jeżeli kiedykolwiek zastanawialiście się, jak to jest być na ich miejscu, poczuć trudy treningu, pot spływający po skroniach, a i czasem gorycz porażki, to wiedzcie, że macie na to szansę, nawet we własnych czterech ścianach. Dzięki Konami mogliśmy przekonać się o tym już w 1983 roku, a to za sprawą Track & Field.
Track & Field to pierwsza gra sportowa, z jaką kiedykolwiek miałem do czynienia. Natknąłem się na nią przy okazji jakiegoś festynu, na którym w jednym z namiotów stało pełno automatów do gier. Wśród nich znajdował się ten z Track & Field, który nie wiadomo dlaczego przyciągnął mnie do siebie jak magnes. Na swoje nieszczęście miałem jeden żeton, który pospiesznie posłałem w czeluście rzutnika. Trzydzieści sekund później na ekranie widniał napis „game over”, moje dłonie były w opłakanym stanie, a łzy cisnęły mi się do oczu. I tak było przez wiele lat. Swego czasu automat z tym diabelskim tytułem można było znaleźć wszędzie i za każdym razem, kiedy na niego natrafiałem, śmiał mi się prosto w twarz. Na szczęście wreszcie kupiłem sobie NES-a i dorwałem Track & Field na szarym kartridżu. W końcu mogłem zemścić się za te wszystkie lata upokorzeń i robię to sporadycznie po dziś dzień.
Do sprawdzenia naszych sportowych zdolności dostajemy 8 różnych konkurencji. Wśród nich są wyścigi na 100 metrów, skoki w dal i wzwyż, a nawet strzelanie do rzutków. W znakomitej większości w grze chodzi o bieganie, rozpędzanie się i nabieranie prędkości, a robi się to w bardzo prosty sposób. Należy w kółko naciskać jeden guzik – im szybciej, tym żwawiej porusza się zawodnik. Brzmi to dość banalnie, jednak żeby osiągnąć jakikolwiek sukces, trzeba wykonywać to z niedorzeczną prędkością. Wiąże się to z nie lada wysiłkiem, a po dłuższych sesjach – z nieprzyjemnym bólem palców, nie wspominając już o uszkodzeniach samego sprzętu.
Na szczęście dla relaksu dołączono dwie konkurencje, które nie mają z bieganiem nic wspólnego – łucznictwo i wspomniane już strzelanie do rzutków. Pierwsza z nich jest najgorsza z całej ósemki. Polega oczywiście na trafianiu w sam środek tarczy, jednak obsługa wszystkiego jednym guzikiem zbyt wiele pozostawia przypadkowi. Ciężko zorientować się, jak długo trzeba przytrzymywać klawisz i kiedy powinno się wypuścić strzałę. Druga dyscyplina jest już o wiele zabawniejsza i ciekawsza. Należy w niej kliknąć odpowiedni przycisk zaraz po tym, jak przelatujący na ekranie dysk znajdzie się w jednym z dwóch celowników. Nie jest to bynajmniej proste, gdyż talerze poruszają się dość szybko i potrafią nadlatywać w dużych ilościach równocześnie, jednak sprawia sporo satysfakcji.
Cała reszta gry okazuje się równie nieskomplikowana jak sterowanie. Graficznie prezentuje się ona poprawnie, choć bez zbędnych fajerwerków, dźwięki pojawiają się sporadycznie, a muzyka występuje tylko na ekranie tytułowym i przed rozpoczęciem konkurencji. Nie jest to jednak jakąś wielką wadą. Nasza uwaga i tak w dużej mierze skupiona jest na szybkim naciskaniu guzików.
Track & Field to dla mnie bardzo wyjątkowy tytuł, mimo że kojarzy mi się tylko z bólem i cierpieniem. W prosty i dość brutalny sposób pokazuje, ile trzeba się namęczyć, żeby osiągać dobre wyniki w sporcie, a chyba właśnie o to chodzi w tego typu grach. Oczywiście nie jest to pozycja dla samotników. Najlepiej sprawdza się z rywalem u boku, który z równym zapałem co my stroi dziwne miny i niszczy sobie kciuki. Wygrana w takim wypadku to uczucie nieporównywalne z niczym innym. Zatem jeżeli znajdziecie Track & Field gdzieś w szafie bądź na jakimś straganie z automatami, zachęcam do zmierzenia się z tą grą. Może i Was sponiewiera i doprowadzi do płaczu, jednak z doświadczenia wiem, że nie będzie to czas stracony.
Więcej o starych, kultowych grach przeczytasz w naszym nowym dziale "Retro".
Będziemy w nim publikować artykuły przypominające legendarne tytuły z growej przeszłości. Jeśli macie jakieś sugestie, uwagi, propozycje gier do powspominania, piszcie je w komentarzach na stronie specjalnej cyklu.