COWABUNGA!
Kontynuując rozpoczęty w ubiegłym miesiącu wątek animowanych bohaterów, którzy czasy świetności przeżywali we wczesnych latach dziewięćdziesiątych, poświęćmy kilka słów czwórce sympatycznych gadów, które dzisiejszych trzydziestolatków atakowały za młodu dosłownie zewsząd. Z lodówką włącznie. Przed Wami Wojownicze Żółwie Ninja! Lepiej znane w naszym kraju jako „Turtlesy”. Ta-da-da-da-damdam!
Stworzeni przez Kevina Eastmana i Petera Lairda zmutowani bohaterowie rozpoczynali karierę na kartach komiksu – całkiem ponurego i krwawego, zwłaszcza jeśli porównać go z występami w telewizji i kinie, które przyniosły im największą popularność. Reszta popkultury poznała ich jednak raczej jako lekkoduchów niż morderców w skorupach. Także ten wizerunek podchwyciły gry. Pierwsza z nich, zatytułowana po prostu Teenage Mutant Ninja Turtles, ukazała się na NESie na przełomie lat 80. i 90., w bardzo dogodnym momencie, gdy serial animowany bił rekordy popularności, a lada moment na ekranach miał pojawić się pierwszy film aktorski. Krótko mówiąc, żółwio-mania w pełni. Niestety, mimo że przy grze maczało paluchy Konami, nie była ona tytułem specjalnie udanym. Dziś pamiętana jest głównie z uwagi na wywindowany poziom trudności i frustrująco zaprojektowane poziomy. Choć nie można odmówić jej ambicji i ciekawych pomysłów. Jednym z nich była próba zmieszania klasycznej platformówki z elementami nawalanki, a także prowadzeniem pojazdów, które to momenty ukazane były z lotu ptaka. Oczywiście gra sprzedała się rewelacyjnie, umiejętnie żerując na milionach dzieciaków, wycinających w maminych szalikach dziury na oczy i biegających po podwórkach z drewnianymi kijami.
Równie oczywiste stało się rychłe wydanie kolejnej gry, Turtles II: The Arcade Game zadebiutowała w salonach gier jeszcze w 1990 roku i nie była prostolinijnym sequelem, tylko całkiem nową produkcją, czystej krwi chodzoną nawalanką, obsługującą do czterech rozwrzeszczanych graczy naraz. Rezultat? Kolejny sukces kasowy na koncie Konami, tym razem zasłużony. Rok później swojej wersji Żółwi doczekały się także Game Boy (Teenage Mutant Ninja Turtles: Fall of the Foot Clan) i PC (Manhattan Missions czerpiące w dużej mierze także z komiksów).
I tak sobie chodziła zielona maszynka do robienia pieniędzy. Kolejne gry z Leonardo, Donatello, Michelangelo i Rafaelem ukazywały się dosłownie co kilka miesięcy. NES dostał jeszcze jedną chodzoną naparzankę – TMNT3: The Manhattan Project, a Game Boy kolejną platformówkę – TMNT2: Back from the Sewers. Na swoją porcję żółwich łakoci nie musiał długo czekać także SNES; Turtles in Time okazała się prawdziwym przebojem, powszechnie uważaną za jedną z najlepszych chodzonych nawalanek, a może i najlepszą grę z Żółwiami w rolach głównych. Pomysł niby prosty jak drut: na kolejnych poziomach przerzucamy Żółwie w różne epoki historyczne, dorzucamy zastępy szeregowców klanu Stopy do zmasakrowania i wszystkich czarnych charakterów z serialu w roli bossów, z obowiązkowym Shredderem czyhającym na końcu. Na pewno nie zaszkodziła też śliczna, ręcznie rysowana grafika, płynna animacja i niezawodne sterowanie. The Hyperstone Heist, zmodyfikowana na potrzeby Sega Mega Drive wersja TiT nie dorównała oryginałowi, choć też nie można jej wiele zarzucić. Niestety, był to szczyt kariery Żółwi w kwestii gier video.