Wszystko rozpoczęło się w latach osiemdziesiątych, kiedy panowie Eastman i Laird stworzyli komiks o przygodach czwórki żółwi, które pod wpływem mutagenu zamieniły się w wojowników o miłość i sprawiedliwość. Zeszytowa wersja była na tyle popularna, że już w 1987 powstał animowany serial telewizyjny. I to właśnie on wystrzelił bojowy tercet w kosmos popularności. Każdy po obejrzeniu kilku odcinków chciał zostać ninja, jeździć na desce i codziennie jeść pizzę. I o ile dwa pierwsze pragnienia poszły jakoś w zapomnienie, tak to ostatnie zostało wszystkim po dziś dzień. Wielkie dzięki za tłuste brzuchy!
Po dwóch latach biegania w plastikowych maskach i skorupach mogliśmy wcielić się w naszych ukochanych bohaterów. Dzięki Konami wyszły aż dwie różne gry i to na dwie różne platformy – na NES-a oraz arcade. Wydawca miał co świętować i przez co płakać. Okazało się, że ludzie wolą wrzucać ciężko zdobyte kieszonkowe w czeluście automatu niż siedzieć wygodnie w fotelu w domowym zaciszu. Niestety, ta konsolowa wizja przygód zielonych ninja nie za bardzo przypadła do gustu graczom. Dość nieudolna platformówka z drewnianym sterowaniem potrafiła zniechęcić każdego.
Jak się okazało, fanom wystarczyła zwykła chodzona nawalanka. Genialna w swojej prostocie, oprawiona w kreskówkową grafikę i zapadającą w pamięć muzykę. Największą popularnością cieszył się automat dla czterech graczy. Dokładnie! My i naszych trzech kumpli przy jednej grze, wszyscy walczący przeciwko złym oddziałom Shreddera. Aż trudno opisać, co się wtedy działo na ekranie. Wiadomo tylko, że każdy kończył rozgrywkę z wypiekami na twarzy.
Konami niezrażone NES-ową porażką postanowiło spróbować jeszcze raz. Idąc po rozum do głowy, zrobiono coś prostego, a zarazem niezwykłego. Jaki był przepis na murowany sukces drugiej części przygód żółwi? Oczywiście spakować znaną i kochaną grę z wielkiego automat do małego szarego kartridża Nintendo! Niemożliwe?