Nie tak dawno temu doszło do czegoś tak nieprawdopodobnego, że do tej pory ciężko jest w to uwierzyć – Disney kupił LucasArts. Bez względu na to, ile by ludzie na to nie psioczyli, ja i tak się cieszę, że ktoś w końcu zabrał jedne z najlepszych serii filmowych z szalonych rąk pana George’a. Najbardziej liczę na to, że ktoś postawi na nogi całe Gwiezdne Wojny i znów będą błyszczały jak w latach swojej świetności. Kto wie, może i doczekamy się też jakiejś niesamowitej serii gier z tego uniwersum. Pożyjemy, zobaczymy. Na szczęście przeszłość zostawiła nam dość sporo tytułów do grania, które mogą w bardzo miły sposób uprzyjemnić nam czekanie na kolejne niesamowite wieści - Dark Forces, Rogue Squadron, Knights of the Old Republic. Niektórzy twierdzą nawet, że do nich zalicza się również Super Star Wars na SNES-a.
Fabuła gry jest mocno oparta na pierwszej części oryginalnej trylogii Gwiezdnych Wojen, czyli Nowej Nadziei. Spotykamy w niej C-3PO i R2-D2, bierzemy udział w strzelaninie w kantynie, ratujemy księżniczkę Leię z niewoli, a na końcu musimy się zmierzyć z Gwiazdą Śmierci. W tytuł starano się upchać wszystkie najważniejsze sceny z filmu i w dużej mierze to się udało. Może i przez ograniczenia SNES-owych kartridży nie zmieściła się chociażby akcja w zgniatarce śmieci, ale w ogólnym rozrachunku dostajemy tyle różnych poziomów, że naprawdę nie ma na co narzekać.
Warto jednak nadmienić, iż w niektórych miejscach postanowiono trochę nagiąć historię, abyśmy się zbytnio nie nudzili przy konsoli. Najlepszym tego przykładem jest zmieniona scena wykupu C-3PO i R2-D2 od Jawów. W grze jesteśmy zmuszeni ich napaść, dostać się do wnętrza ich Sandcrawlera, przedostać się przez systemy ochrony do ładowni, by na końcu pokonać ziejące ogniem monstrum i uratować roboty. Pamiętacie taka scenę w filmie? Ja też nie, ale w grze pasuje ona idealnie.
Mógłbym się pokusić o stwierdzenie, iż Super Star Wars to taka Contra tylko, że w świecie Gwiezdnych Wojen. Ciągle coś wybucha, wybiegają na nas tabuny przeciwników, a na końcu każdego etapu czeka na nas boss. Szybko się jednak okazuje, że jest czymś więcej niż grą o bieganiu i strzelaniu. Już po przejściu pierwszej planszy jesteśmy sadzani za sterami ścigacza, a akcja przenosi się w pseudo trójwymiarowe środowisko. Przyznaję, że byłem mocno zaskoczony, że twórcom chciało się tak bardzo kombinować z rozgrywką. Mogli przecież zostać przy sekcjach platformowych i nikt by się nawet nie zorientował, że czegoś mu brakuje. Jakby tego było mało, ostatni etap przenosi nas do kabiny X-Winga, którym walczymy ze szwadronami TIE Fighterów, aby na końcu odpalić torpedy wprost do wnętrza Gwiazdy Śmierci. Jest to idealnie odwzorowana, finałowa scena z filmu, w której bierzemy czynny udział. Robi to dość spore wrażenie zwłaszcza, że mogliśmy dostać statyczne rysunki wyjaśniające akcje. W końcu był to tylko SNES.
Jeżeli komuś jeszcze jest mało, to powinien być zainteresowany faktem, iż w całej grze nie wcielamy się wyłącznie w Luke’a Skywalkera. Do dyspozycji mamy również Hana Solo, a nawet i samego Chewbaccę! Każdy z nich ma swoje indywidualne misje, jednak istnieją i takie, w których możemy wybrać jednego z nich.
Czy to znaczy, że mamy do czynienia z najlepszą grą na podstawie Gwiezdnych Wojen? Oj, chciałbym tak powiedzieć, ale niestety Super Star Wars cierpi na bardzo poważny problem – sterowanie! Skakanie w niej potrafi napsuć mnóstwo krwi, zwłaszcza przy małych platformach, z których notorycznie się spada. Samo kierowanie postacią wydaje się trochę „śliskie” i działa z małym opóźnieniem, co nie jest korzystne zwłaszcza przy walkach z bossami. Jakby tego było mało, gra do łatwych nie należy, przez co poziom naszej frustracji bardzo szybko wzrasta. I dlaczego nie można strzelać prosto w dół? Przecież każdy z innych kierunków jest do dyspozycji. Samo celowanie też pozostawia wiele do życzenia. Pewnie część z was stwierdzi, że marudzę, ale wystarczy porównać to sterowanie z tym, które można uświadczyć w Super Castlevanii IV by wiedzieć, że mam rację.
Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak bardzo bym chciał, by ktoś przyszedł, naprawił to, co jest do naprawienia w Super Star Wars i wydał ją na nowo. Mamy tu do czynienia z niesamowitą konwersją filmu w grę, która jest doskonała pod każdym względem, nie licząc tego jednego szkopułu. Oczywiście sterowanie w niej jest do opanowania, ale to nie zmienia faktu, iż po wszystkim możemy wylądować w szpitalu z ostrą nerwicą. Mimo to i tak polecam każdemu z was zagranie w Super Star Wars. Jest to prawdziwa perełka w SNES-owej bibliotece.