Ze statystyk wynika, że ich największym wrogiem są niestety samochody, a to ze względu na niewielką prędkość poruszania się tych niepozornych zwierzątek. Aż trudno uwierzyć, że ktokolwiek wybrał jedno z nich na herosa, który miał nie tyle odnieść sukces, co postawić na nogi wielkiego konkurenta Nintendo – Segę.
Wszystko zaczęło się od pomysłu twórcy gry, pana Yuji Nakiego. Nosił się on z zamiarem opracowania platformówki, przy której Super Mario Bros. wyglądałoby monotonnie i nudno. Brakowało mu tylko odpowiedniego bohatera i tu z pomocą przyszedł niejaki Naoto Oshima. Wykonał on kilka szkiców, które przedstawiały stojącego jeża z charakterystycznym grymasem na twarzy. Yuki Naka dokładnie wiedział, co z nimi zrobić. Pomalował postać ze szkiców na niebiesko, na nogi włożył jej czerwone adidasy i w ten oto sposób powstał Sonic, a niewiele później pierwsza gra o jego przygodach, która w tamtych czasach niejednego z nas rzuciła na kolana.
Sonic the Hedgehog to platformówka, która zgodnie z założeniami różniła się diametralnie od Super Mario Bros. Fabuła nie traktowała o ratowaniu księżniczki z opałów. Tym razem musieliśmy powstrzymać niegodziwego Dr. Robotnika, który za pomocą siedmiu Szmaragdów Chaosu zamierzał zawładnąć światem i zmienić wszystkie stworzenia w roboty. Co ważniejsze, historia opowiadana w Sonic the Hedgehog mogła skończyć się źle, jeśli chociaż jeden z kamieni trafił w łapy doktora.
Sam bohater to kompletne przeciwieństwo ociężałego hydraulika z wąsem. Sonic nie był zwykłym, nienaturalnie pomalowanym jeżem – był jeżem z charakterem. Już na ekranie tytułowym było widać, że nie ma co z nim zadzierać, kiedy z sarkastycznym uśmiechem groził nam palcem. Nawet podczas samej gry popędzał nas, tupiąc nogą, gdy przez dłuższy czas nic nie robiliśmy. Sonic to po prostu niezłe ziółko.
Jednak najważniejszy atut jeża wiązał się ściśle z projektem poziomów, po których ten się poruszał. Nasz niebieski bohater potrafił biegać z prędkością dźwięku, a umożliwiały mu to najróżniejsze rampy, pętle i sprężyny porozmieszczane w wielu miejscach. Zdarzały się momenty, że wszystko poruszało się tak szybko, iż nie sposób było zorientować się, co tak naprawdę się dzieje. Drugą ważną cechą plansz była ich wielopoziomowość. Jeden etap mogliśmy przejść na kilka różnych sposobów, za każdym razem obierając inną ścieżkę naszej podróży. Właśnie dlatego lubię nazywać Sonic the Hedgehog nieliniową platformówką.
Na wielkie uznanie zasługuje oprawa audiowizualna. Każdy z sześciu poziomów wyglądał zupełnie inaczej i miał do zaoferowania coś nowego. Green Hill Zone był pełen drzew i wodospadów, Marble Zone lawy, a Spring Yard Zone jawił się niczym wielki stół do pinballa. Wszystko to prezentowało się prześlicznie i było bogate w szczegóły, które dawały się dostrzec nawet w tłach. Do tego przygrywała łatwo wpadająca w ucho muzyczka, która ładnie komponowała się z klimatem etapów.
Niestety Sonic the Hedgehog nie było wolne od wad. Największym mankamentem, który zawsze zniechęcał mnie do tego tytułu, okazywało się sterowanie. Zawsze wydawało mi się mało precyzyjne i doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Często powodowało bezsensowną utratę bardzo cennych pierścieni, co w rezultacie kończyło się śmiercią bohatera. Jednak najgorzej sprawy miały się, gdy nasz jeż zatrzymywał się na jakiejś rampie czy pętli. Spin Dash, który umożliwiał rozpędzanie Sonica w miejscu, powstał dopiero przy okazji drugiej części przygód jeża, a jego brak w „jedynce” był bardzo frustrujący.
Jednak, co by nie mówić złego o Sonic the Hedgehog, gra perfekcyjnie spełniła swoje zadanie. Sprzedaż konsoli sygnowanej logiem Segi po premierze tytułu wzrosła diametralnie, przewyższając wynik Nintendo. Sonic szybko stał się jedną z najbardziej rozpoznawanych postaci w świecie gier i jest tak po dziś dzień. Warto też wspomnieć, że ten niebieski jeż obchodzi w tym roku swoje dwudzieste urodziny. O ile pierwsze lata jego istnienia były niesamowicie udane, tak z czasem trafiał do coraz dziwniejszych i coraz bardziej niedopracowanych produkcji. W pewnym momencie gracze wręcz skazali go na śmierć i zażądali zaprzestania tworzenia gier z jego udziałem. Na szczęście ludzie z Sonic Team opamiętali się i w zeszłym roku wydali Sonic Colors, które było zaskakująco dobrym tytułem. Czyżby Sonic wracał do formy? Mam nadzieję, bo za ich najnowsze dzieło – Sonic Generations – bardzo mocno trzymam kciuki.
Więcej o starych, kultowych grach przeczytasz w naszym nowym dziale "Retro".
Będziemy w nim publikować artykuły przypominające legendarne tytuły z growej przeszłości. Jeśli macie jakieś sugestie, uwagi, propozycje gier do powspominania, piszcie je w komentarzach na stronie specjalnej cyklu.