Z bardzo mieszanymi skutkami, chciałoby się od razu dodać, ale nie ubiegajmy faktów. O serialu autorstwa Matta Groeninga nie ma co się rozwodzić. Kiedy ujrzał światło dzienne na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, niemal z miejsca stał się fenomenem kulturowym i jako jeden z pierwszych dowiódł, że seriale animowane nie muszą być kierowane wyłącznie do dzieci. Zresztą, o jego niesłabnącej popularności niech zaświadczy fakt, że kolejne odcinki powstają po dziś dzień – obecnie autorzy dobili już bodaj do 22 sezonu. I nawet jeśli w opinii licznych fanów najlepsze czasy ma już za sobą i od około 10 sezonów jedzie już raczej siłą rozpędu wyrobionej marki, to poczesnego miejsca w historii nie da mu się odmówić żadną miarą. Niestety, tego samego nie da się powiedzieć o opartych na nim grach.
A zaczęło się tak obiecująco. W 1991 roku licencją zainteresowało się Konami, które wyprodukowało grę The Simpsons Arcade Game. Pomysł niby prosty jak drut – bierzemy wszystkie postacie znane z serialu i wrzucamy je do chodzonej nawalanki w stylu Final Fight lub Double Dragon. Ale liczy się wykonanie, a to było po prostu mistrzowskie. Grafika i animacja prezentowały się jak na swoje czasy wprost fenomenalnie i stanowiły bezbłędne przeniesienie charakterystycznego wyglądu kreskówki na ekrany automatów. Właśnie, automatów – bo przez bardzo długi czas grą można było pobawić się wyłącznie w salonach (dopiero niedawno ukazała się konwersja na iOS), podczas gdy większość tytułów wydawanych na konsole – łagodnie mówiąc – nie oddawała sprawiedliwości telewizyjnemu oryginałowi. A było ich bez liku. Jeszcze w 1991 roku światło dzienne ujrzały aż trzy gry, wydane chyba na wszystkie możliwe platformy sprzętowe (m.in. NES, Amiga, C64, Atari i PC). Wszystkie były prostymi platformówkami ze skromnymi elementami gier przygodowych, pod wszystkimi także podpisała się ta sama firma – Imagineering. Niestety, szybko okazało się, że do mistrzów z Konami brakuje im bardzo dużo. Bart vs the Space Mutants, Bart vs the World, a także gameboyowe Escape from Camp Deadly cechowały się przede wszystkim burą grafiką i dość wysokim stężeniem wywoływanej nudy i frustracji. Nieco lepiej wypadł wydany rok później Bart’s House of Weirdness – quasi-RPG, którym mogli cieszyć się wyłącznie posiadacze PC. Wciąż nie był to poziom arcadówki autorstwa Konami, a statyczna rozgrywka nie każdemu musiała przypaść do gustu, ale przynajmniej grafikę utrzymano w stylu wiernym serialowi. Żeby jednak nie wywindować za bardzo średniej ocen, w tym samym roku rzucono na rynek kolejne dwa średniaki od Imagineering – Bart vs The Juggernauts i Bartman Meets Radioactive Man. Trudno powiedzieć co takiego zrobił nieszczęsny Bart twórcom gier, ale jakoś tak się złożyło, że to właśnie gry z nim w roli głównej okazywały się najsłabsze. Kolejnym dowodem powyższej zależności okazał się Krusty’s Fun House – sympatyczne połączenie platformówki i gry logicznej skupiające się na postaci szurniętego klauna.