Retro - Shatterhand

Retro - Shatterhand

Aż miałoby się ochotę zacisnąć pięść i dać jej porządnego kuksańca przy słowach „zimo… idź sobie stąd”. Niestety my, zwykli śmiertelnicy, jesteśmy tutaj dość bezsilni. Gdyby był tylko ktoś… Moment! Idealnie do tego zadania nadawałby się Steve Hermann.

Shatterhand ukazał się w 1991 roku na NES-a, który w owym czasie odchodził już na dalszy plan. Powstał za sprawą firmy Natsume, która bardziej kojarzy się z serią Harvest Moon niż z czymkolwiek innym. Aż dziw, że gra w zimnym, industrialnym świecie pełnym morderczych androidów i wybuchów wyszła od tak łagodnych ludzi.

Steve’a Hermana poznajemy, kiedy to w 2030 roku traci obie ręce podczas akcji policyjnej. Na szczęście technologia tak poszła do przodu, że w zamian dostaje nowe, cybernetyczne łapy, przy których te poprzednie wypadają dość blado. Jest w tym jednak mały haczyk. Za swój nowy gadżet musi pomóc mieszkańcom Ziemi stając do walki z generałem Gusem Groverem i jego armią. Ten powoli zyskuje władzę nad światem, a nie grzeszy on uprzejmością i zrozumieniem. Steve od razu zgadza się na tę propozycję. W końcu to przez tych najeźdźców musiał przejść niedawny przeszczep. I tak jak zwykle bywa, owa historia znajduje się tylko i wyłącznie w instrukcji. Sama gra zaś po włączeniu pokazuje kilka scenek, gdzie jakiś umięśniony koleżka w okularach gołymi rękami broni się przed strzałami z karabinu, po czym jednym ciosem nokautuje atakującego go androida. I przyznam, że ta krótsza wersja historyjki też mi odpowiada. Wiem, że będę sterował twardzielem, który się kulom nie kłania, a za pomocą swoich pięści rozwiązuje wszelkie swoje problemy.

I tak właśnie wygląda cała rozgrywka. Pokrótce mógłbym powiedzieć, że Shatterhand to dziecko Contry i Mega Mana. Z jednej strony jest to przepakowany testosteronem, wybuchami i zabójczymi maszynami side-scroller, z drugiej bardzo zmyślna platformówka, w której bezmyślne parcie do przodu nigdy nie popłaca. Jednak ludziom z Natsume udało się wcisnąć w grę tyle oryginalnych rzeczy, że porównywanie Shatterhand do czegokolwiek innego jest dla niego trochę obraźliwe. Sam bohater to kawał twardziela, który, jak już wspomniałem, przez poziomy przebija się tłukąc wszystko swoimi mocarnymi pięściami. Wykańcza nimi wrogów, rozbija betonowe przeszkody blokujące mu drogę, a nawet i potrafi zawisać na niektórych powierzchniach dzięki swojemu żelaznemu chwytowi. Sama mechanika uderzania jest bardzo przyjemna w obsłudze i nigdy nie ma się wrażenia, że ręce Steve’a są za krótkie czy nie trafiają w cel. Niestety sprawiają one trochę problemów przy bossach, gdyż ci miejscami są bardzo ruchliwi, a ciężko jest takiego jegomościa trafić nie otrzymując przy tym jakichkolwiek obrażeń. Na szczęście z pomocą przychodzą nam wspomagacze. Podczas przechodzenia poziomu zbieramy literki greckiego alfabetu. Po skolekcjonowaniu trzech, nad naszym ramieniem pojawia się mały robocik, którego zdolności zależą od kombinacji liter, jakie zebraliśmy. I tak dostajemy pomocnika, który zieje ogniem, ciacha świetlnym mieczem, czy ciska odbijającymi się od wszystkiego dyskami. Fakt, część z nich jest totalnie bezużyteczna, jednak wybranie odpowiedniego robota potrafi drastycznie zmienić poziom naszej rozgrywki. A należy wspomnieć, iż sama gra do prostych nie należy.

Często bywało tak, że gry wychodzące pod koniec żywotności NES-a wyglądały i brzmiały obłędnie. I tak jest w tym wypadku. Shatterhand od samego początku aż po sam koniec jest prześliczny. Wszelkie przerywniki „filmowe”, ekran wyboru poziomów, postacie i to, co się wokół nich dzieje mocno cieszy oczy. Każda lokacja ma mnóstwo do zaoferowania i potrafi zaskakiwać tym, co się na niej potrafi dziać. Można bez problemu stwierdzić, że jest to jeden z najlepiej wyglądających gier na tej poczciwej konsoli. Do tego dochodzi znakomita muzyka, która tylko podkręca tępo tej napakowanej akcją gry.

Shatterhand polecam z miłą chęcią wszystkim, zwłaszcza tym, którzy lubią wyzwania, filmy akcji z lat 80. i niespotykaną nigdzie indziej rozgrywkę. Sam bohater to kawał fajnej postaci, która znakomicie wpasowuje się w kanon jednoosobowych armii. Szkoda tylko, że sama gra nie osiągnęła wielkiego sukcesu, przez co Steve zniknął gdzieś w czeluściach zapomnienia. A co do zimy, która nie chce odejść to po prostu weźcie odpalcie sobie Shatterhand i cierpliwie czekajcie na poprawę sytuacji. Bo niestety wydaję mi się, że bicie jej nawet cybernetyczną pięścią może tutaj niewiele pomóc.

Źródło artykułu:
Wybrane dla Ciebie
Rebel Wolves potwierdza. Dawnwalker to ich debiutancka gra
Rebel Wolves potwierdza. Dawnwalker to ich debiutancka gra
Assassin's Creed Red to potężna inwestycja Ubisoftu. Jest przeciek
Assassin's Creed Red to potężna inwestycja Ubisoftu. Jest przeciek
DualSense V2 wycieka. Czyżby mocniejsza bateria?
DualSense V2 wycieka. Czyżby mocniejsza bateria?
Horizon Forbidden West na PC coraz bliżej. Nvidia wkracza do akcji
Horizon Forbidden West na PC coraz bliżej. Nvidia wkracza do akcji
Imponująca sprzedaż Cyberpunk 2077: Phantom Liberty. Liczby mówią wszystko
Imponująca sprzedaż Cyberpunk 2077: Phantom Liberty. Liczby mówią wszystko
Xbox Game Pass z mocnymi grami w styczniu. Potężne otwarcie roku
Xbox Game Pass z mocnymi grami w styczniu. Potężne otwarcie roku
Star Wars Outlaws: wycieka termin premiery. Ubisoft dementuje
Star Wars Outlaws: wycieka termin premiery. Ubisoft dementuje
PS5 rozbija bank. Imponujące wyniki sprzedaży
PS5 rozbija bank. Imponujące wyniki sprzedaży
The Day Before za niespełna tysiąc złotych. Nie, to nie żart
The Day Before za niespełna tysiąc złotych. Nie, to nie żart
Hakerzy ujawnili plany Insomniac Games. Sześć gier na liście
Hakerzy ujawnili plany Insomniac Games. Sześć gier na liście
PS5 Pro z własnym DLSS. Nieoficjalne doniesienia o planach Sony
PS5 Pro z własnym DLSS. Nieoficjalne doniesienia o planach Sony
Nie będzie The Last of Us Multiplayer. To już pewne
Nie będzie The Last of Us Multiplayer. To już pewne
NIE WYCHODŹ JESZCZE! MAMY COŚ SPECJALNIE DLA CIEBIE 🎯