Piłki miały odcisk jego łapy na sobie, w sklepach pojawiały się płyty z jego rapem, a w kinach wyświetlano filmy z jego udziałem w roli głównej. Nie zdziwiłbym się, gdyby gdzieś istniały skarpety z jego podobizną. Oczywiście tak znana twarz nie mogła nie pojawić się w jakiejś grze.
Shaq Fu - wielu ludzi dostaje szczękościsku słysząc te dwa słowa, a część z nich wpada nawet w szał bojowy. Miejscami są prowadzone całe niszczycielskie krucjaty przeciwko temu tytułowi. Kartridże z nią są deptane, rozwalane młotkami, a to najdelikatniejsze rzeczy, jakie się z nimi dzieją. Dlaczego? Przekonajmy się!
Pewnego dnia kariera Shaqa zaprowadza go do samego Tokio. Ma tam zagrać mecz dobroczynny z największymi gwiazdami NBA, a że do wielkiego wydarzenia zostaje jeszcze sporo czasu, postanawia przejść się po tym niezwykłym mieście. Łażąc to tu, to tam natrafia na malutki sklepik wciśnięty gdzieś między nowoczesne budynki. Jego szyld mówi tylko tyle, że ma coś wspólnego z kung fu. W środku Shaq spotyka starego sklepikarza, który po krótkiej rozmowie każe mu pójść na zaplecze i uratować chłopca o imieniu Nezu. Niewiele myśląc koszykarz robi to, co mu każe starzec. Skutkuje to teleportacją do Drugiego Świata. Tam czeka na Shaqa sześciu potężnych wojowników, na których czele stoi zła, egipska mumia Sett-Ra więżąca chłopca.
Ta historia ma mnóstwo poważnych problemów. Po co wysyłać zawodników NBA do Japonii, skoro nie słynie ona z dobrej drużyny koszykarskiej? (tu akurat się nie zgodzę. Chodzi o promowanie koszykówki i zarabianie pieniędzy – przyp. Mpiwo) Dlaczego Tokio przedstawione jest jak chińska dzielnica w amerykańskim mieście? Czemu Shaq bezwzględnie słucha się sprzedawcy, którego spotkał parę minut wcześniej? Kim jest Nezu? Czy jest kimś ważnym? I dlaczego O’Neal musi o niego walczyć z egipską mumią, skoro teleportował się przez chiński sklepik w stolicy Japonii? Jednak to jest nieważne! Pomimo całej bzdurności i braku sensu ta fabuła idealnie pasuje do postaci Shaqa!
Jak łatwo się już domyślić Shaq Fu jest bijatyką. Gra daje nam możliwość rozegrania jednego z trzech trybów – Duel, Tournament i Story. Dwa pierwsze to praktycznie standardy w tego typu produkcjach. Duel pozwala nam na rozegranie pojedynczych walk dowolnym wojownikiem, a Tournament służy do rozgrywania całych turniejów ze znajomym u boku. Najważniejszy oczywiście jest Story, w którym rozwijamy niedorzeczną fabułę poznaną na początku. Jako Shaq podróżujemy po mapie Drugiego Świata znajdując po drodze siedziby przeciwników. Pokonując ich dostajemy dostęp do nowych zakątków krainy, aż w końcu trafiamy do samego Sett-Ra. Przyznaję, że jeżeli chodzi o koncept, Shaq Fu wprowadza dość dużą innowację do gatunku. Mało która bijatyka daje nam możliwość chodzenia po mapie i wyboru następnego przeciwnika. Niestety to jedyna z dobrych rzeczy, których można powiedzieć o rozgrywce.
Jeżeli chodzi o sam system walki, to należy on do jednego z najbardziej zepsutych w dziejach mordobić. Kierowanie postaciami to prawdziwa tragedia. Poruszają się one powoli, skaczą na niesamowite odległości, a detekcja uderzeń praktycznie nie istnieje. Wyprowadzane przez nas ciosy trafiają na przysłowiowe słowo honoru. Żeby tego było mało komputerowi przeciwnicy nie mają z tym najmniejszego kłopotu. Ba! To najbardziej oszukańcze dranie, jakich można spotkać. Ich specjalne ciosy zabierają nieziemsko dużo energii, a Shaq jest ich totalnie pozbawiony w trybie Story. Przez to Shaq Fu jest niesamowicie trudny do przejścia, a trochę szkoda, bo zakończenie gry nie dość, że wywołuje tradycyjne klepnięcie się w czoło, to można się nawet przy nim uśmiać.
Jednak jest coś, co w grze zostało wykonane bardzo dobrze. To oczywiście oprawa audiowizualna. Shaq Fu wygląda bardzo dobrze i to w każdym momencie. Areny są przepełnione najróżniejszymi szczegółami – ryczące gargulce, płynące wodospady, smoki świecące ślepiami. Do tego wojownicy, którzy są dobrze animowani i naprawdę oryginalni. Nawet Shaq ma odpowiednią aparycję! Do tego w tle przygrywa fajna ścieżka dźwiękowa, a wszelkie odgłosy wydawane przez bohaterów, jak na SNES-a, stoją na wysokim poziomie.
Shaq Fu jest uważane za jedną z najgorszych gier, w jakie można zagrać. Fakt, jest dość niegrywalna, a fabularnie dotyka granicy absurdu, jednak widać, że chciano zrobić z nią coś porządnego. Natrafiamy tu na szczyptę innowacyjności i oryginalności, które zostały ubrane w miłą dla oka i ucha oprawę. Wiadomo, że Shaq Fu to gniot, ale nigdy nie powiem, że należy do czołówki złych gier. Tamte tereny należą do większych i straszniejszych potworów.