Przy każdym z nich zawsze zbierał się tłum graczy i ciekawskich obserwatorów, jednak obok stała jeszcze jedna maszyna, która nie cieszyła się już taką popularnością. Chcąc dowiedzieć się dlaczego, postanowiłem ją przetestować. W ten oto prosty sposób poznałem jedno z najwspanialszych mordobić, w jakie kiedykolwiek miałem przyjemność grać.
Samurai Shodown to bijatyka na wskroś wyjątkowa. Już sama akcja dziejąca się w feudalnej Japonii była odskocznią od niebezpiecznych, ciemnych ulic wielkich miast i tym podobnych krajobrazów. Gra nie posiadała jednej, konkretnej linii fabularnej, za to każda z występujących postaci miała swoją własną, indywidualną historię. Jednak bez względu na to, którego z bohaterów byśmy wybrali, to i tak zdarzenia doprowadzały nas do postaci Shiro Amakusy, który był naszym głównym adwersarzem w Samurai Shodown. Wskrzeszony przez mroczną boginię Ambrosię dążył do wpuszczenia demonów do świata śmiertelników. Na szczęście nikomu z wojowników ten plan nie był na rękę, stąd zbieżność wszystkich opowieści. Co ciekawe, ten końcowy boss ma swój prawdziwy odpowiednik w historii. Amakusa Shirō był przywódcą rebelii chrześcijańskiej w Japonii, co niestety szybko zakończyło jego żywot.
Jednak nie był on jedyną barwną postacią w tej grze. Samurai Shodown oferowało 12 diametralnie różnych bohaterów. Jak na tytuł dziejący się w Kraju Kwitnącej Wiśni przystało, do dyspozycji dostawaliśmy samurajów, wojowników ninja, zwykłych rzezimieszków, a nawet tancerza kabuto. Do tego dochodzili goście zza wielkiej wody. Spotykaliśmy tu Meksykanina Tam Tama, amerykańskiego żeglarza Galforda czy piękną Charlotte z samego serca Francji. Przyznaję, że do dziś jest to jedna z najoryginalniejszych obsad, jeżeli chodzi o bijatyki. W przeciwieństwie do Street Fightera nie znajdziemy tu dziesięciu wcieleń Ryu, które różnią się zaledwie kolorami i nazwami ciosów. W Samurai Shodown każdego z wojowników cechował własny styl, kompletnie inny niż pozostałych bohaterów. Dodatkowo nie mieliśmy wrażenia, że już kiedyś graliśmy daną postacią.
To, co najbardziej wyróżniało Samurai Shodown, to system walki. Zamiast potyczek na gołe pięści, zdecydowano się na pojedynki na broń białą, co było olbrzymią rzadkością w tamtych czasach. Tym razem w ruch wchodziły katany, rapiery, włócznie, maczety, a nawet rękawice z metalowymi ostrzami. Dodatkowo zrezygnowano z combosów na rzecz pojedynczych, precyzyjnych cięć, co nadawało olbrzymie znaczenie każdemu ruchowi, jaki się wykonywało. Warto nadmienić, że broń, którą dzierżył bohater, można było stracić i to w dwojaki sposób. Po pierwsze – oręż mógł nam po prostu wylecieć z rąk podczas starcia. Na szczęście była możliwość szybkiego odzyskania uzbrojenia poprzez jego podniesienie. Gorzej miały się sprawy, kiedy łamało się ono pod wpływem specjalnego ciosu, który dawało się wykonać tylko przy pełnym wskaźniku Pow. Zapełniał się on podczas zadawania i otrzymywania obrażeń, a wykorzystanie go w odpowiednim momencie potrafiło przechylić szalę zwycięstwa na naszą stronę. Cóż, samuraj bez swojego miecza nie jest w stanie zbyt wiele zdziałać.
Tła w bijatykach zazwyczaj zachwycały animacjami i mnogością rzeczy, które dawało się na nich dostrzec. W Samurai Shodown spełniały jeszcze dodatkową rolę, a to za sprawą postaci, które się tam pojawiały. Sędzia to osoba, która czuwała przy każdej walce, wskazując odpowiednią flagą, która z postaci zadała celny cios. Może i nie wnosił on zbyt wiele do samej rozgrywki, jednak był bardzo przyjemnym elementem. Ważniejszy od niego był przebiegający od czasu do czasu człowieczek, który rzucał na arenę soczyste kurczaki i bomby. Nietrudno zgadnąć, że jedzenie poprawiało stan naszego zdrowia, zaś wybuchy uszczuplały cenny pasek energii. Sprawiało to, że musieliśmy mieć oczy ciągle otwarte i zwracać uwagę nie tylko na przeciwnika, ale i na to, co aktualnie leży nam pod nogami.
Samurai Shodown to jedna z najlepszych bijatyk, z jakimi miałem do czynienia. A było ich sporo! Wydałem na nią fortunę w salonie gier i wcale tego nie żałuję. Mimo tłoku, jaki panował wtedy w tym gatunku, znalazła idealną dla siebie niszę. Nie powielała rozwiązań z innych produkcji, tworząc zarówno swoje własne standardy, jak i bardzo oryginalne uniwersum. Niestety, seria ta cieszy się dość małą popularnością w Polsce, a wielka szkoda. Samurai Shodown to solidny, ciągle zaskakujący pomysłami i bardzo grywalny tytuł, który przez lata zupełnie się nie zestarzał. Do tej pory wracam do niektórych wydań tego cyklu o wiele częściej niż do jakiegokolwiek Street Fightera czy Mortal Kombat. Zatem jeżeli gdziekolwiek natraficie na którąkolwiek odsłonę Samurai Shodown, zagrajcie bez wahania. Aha! Omijajcie jednak szerokim łukiem wszystkie wersje, które wyszły w 3D.