Wróciłem! Dla tych, którzy nie zdążyli się zorientować, byłem w Japonii na tegorocznym Tokyo Game Show. A że targi to były dopiero początkiem moich przygód w Kraju Kwitnącej wiśni, a powrót do kraju nie do końca przysłużył się mojemu zdrowiu, stąd tak długie wyczekiwanie na nowe Retro. Nie ma jednak co marudzić i trzeba wracać do pracy!
Łażąc po Tokio nie byłem w stanie się oprzeć wrażeniu, że gdzieś to wszystko już widziałem. Szkoły, małe restauracyjki, podwórka. Było to wspomnienie sprzed wielu lat, kiedy to Pegasus był moją jedyną konsolą. Niedługo mi zajęło zidentyfikowanie winowajcy. Był nim nie kto inny jak Downtown Nekketsu Monogatari lub po prostu River City Ransom.
Jego korzenie sięgają aż do roku 1986, kiedy to na automatach w Japonii pojawił się Nekketsu Kōha Kunio-kun. Prosty beat ’em up, który prócz ciekawego systemu walki miał wplecioną w siebie fabułę. Tytuł okazał się być wielkim sukcesem, dlatego postanowiono rozszerzyć uniwersum jakie ta gra stworzyła i na dodatek wysłano ją na zachód pod tytułem Renegade. I tak rozpruł się worek z pomysłami na gry. Co ciekawe, seria poszła w stronę sportu, dzięki czemu dostaliśmy taką perełkę jak Nekketsu Soccer League (Goal 3). Jednak zanim do tego doszło w 1989 roku wyszedł wspomniany już River City Ransom, który w dużej mierze bazował na pierwszym tytule.
Był on oczywiście beat ‘em upem, którego fabułę wyciągnięto z szufladki podpisanej „uratuj porwaną ukochaną”. Tym razem jednak chodziło o coś więcej. W całość wplątano wojny szkolnych gangów, zatem nie walczyliśmy tylko o odzyskanie dziewczyny, ale także i o honor wszystkich uczniów. Śmiesznym jest fakt, iż grając w japońską wersję na Pegasusie, cały incydent związany z białogłową gdzieś mi umknął, a jedynym moim motywatorem do brnięcia dalej była czysta przyjemność bicia się z co to silniejszymi przeciwnikami.
Trzeba przyznać, że system walki w River City Ransom jest jednym z najzabawniejszych i najbardziej satysfakcjonujących z jakimi miałem do czynienia. Prócz zwykłego boksowania i kopania możemy chwytać przeciwników, rzucać nimi, a nawet dobijać. Dodatkowo jesteśmy w stanie podnosić najróżniejsze rzeczy z ziemi - od sztachet, przez stare opony, aż po samych przeciwników. Ba! Możemy nawet lać napastników ich własnymi, nieprzytomnymi kolegami. Czasami na ekranie dzieje się tyle absurdu, że aż ciężko jest ze śmiechu grać. Oczywiście potęguję się to, jeżeli do gry dołączy jakiś znajomek. Standardowo – w kupie raźniej!
River City Ransom posiada jeszcze jedną cechę, której próżno szukać w beat ‘em upach z tamtej epoki – elementy RPG. Tak jest! W tej grze istnieje coś takiego jak polepszanie statystyk bohatera. Za każdego ubitego bandytę wypadają monety, za które możemy kupować najróżniejsze rzeczy poprawiające kondycję postaci. W księgarniach nabywamy książki uczące nas nowych ciosów, w restauracjach dostajemy potrawy dodające nam sił, a w łaźniach prócz odzyskiwania zdrowia możemy zobaczyć pikselowy tyłek protagonisty. Wielka szkoda, że do tego wszystkiego potrzeba górę pieniędzy, a przeciwnicy fortuny z siebie nie wyrzucają. Przez to do gry wkrada się grinding z najgorszych koszmarów, co niepotrzebnie zwalnia tempo gry.
Pewnie zastanawiacie się, dlaczego gra o praniu się gangów przypomina mi właśnie Tokio. Czy ktoś mnie pobił na mieście? Na szczęście nie. Powód jest dość banalny. Mimo bardzo prostej grafiki i ograniczeń sprzętowych twórcom idealnie udało się odtworzyć przedmieścia tego ogromnego miasta. Ciasne zaułki, parki, ulice pełne sklepików i barów, nawet roboty drogowe miejscami były jak żywcem wyciągnięte z gry. Nigdy bym nie przypuszczał, że japońską stolicę skojarzę akurat z River City Ransom. To tylko świadczy o tym, jaką wagę do szczegółów przywiązywali graficy przy tym tytule. I chwała im za to.
Co do samej gry, to ciężko mi ją polecić z czystym sercem. Jest znakomita na krótkie seanse, lecz na dłuższą metę potrafi nieźle wynudzić. Sam miałem problemy, by przejść ją w całości. Już o wiele lepszym wyborem jest Double Dragon, który jest odrobinę bardziej zróżnicowany. Jednak nie odpychajcie od siebie River City Ransom. Gra jest bardzo zabawna, a momentami bezkonkurencyjna. Warto też nadmienić, iż kiedy dopadnie nas przy niej monotonia, zawsze możemy zapisać nasz progres dzięki systemowi haseł. Zatem zagrajcie koniecznie, ale niekoniecznie przechodźcie w całości.