Są na opakowaniach jedzenia, na butach, zeszytach, szamponach, a nawet na samolocie japońskich linii lotniczych. Są rozpoznawane na całym świecie – zwłaszcza żółta elektryczna mysz o czerwonych policzkach. Obecnie stanowią część rynku wartą miliardy dolarów. Wielu się do nich nie przyznaje, a inni wielbią je ponad wszystko. Mowa oczywiście o słynnych pokemonach.
Nawet najwięksi mają jakieś swoje skromne początki i nie inaczej jest w tym przypadku. Tym razem musimy cofnąć się do młodzieńczych lat pana Satoshi Tajiki. Jego pasją było zbieranie różnej maści robali, z którymi wiązał nawet karierę zawodową. Niestety miasto, w którym mieszkał, powiększało się w zastraszającym tempie i jego hobby utonęło pod tonami betonu. Plany zostania entomologiem również w końcu legły w gruzach – na szczęście z pomocą przyszło mu granie. Kiedy stał się projektantem gier, jego pasja ponownie ożyła. Widząc Game Boya, od razu pomyślał o dzieciakach, które chwytają swoje własne stworki i wymieniają się nimi z rówieśnikami. Pomysł ten pojawił się już w 1990 roku, ale jego realizacja zajęła aż 6 lat. Tak właśnie na japoński rynek trafiły Pokemon Red i Pokemon Green, a reszta świata dostała ich odpowiedniki – Pokemona Red i Pokemona Blue.
Fabuła w Pokemonach nie była skomplikowana. Zaczynaliśmy jako ambitny dziesięciolatek, którego marzeniem było zostać największym trenerem pokemonów na świecie. Był to jedyny cel, jaki nam przyświecał, jednak nie okazywał się on wcale łatwy do osiągnięcia. Po drodze musieliśmy zdobyć osiem odznak świadczących o naszych zdolnościach oraz użerać się z nikczemną organizacją Team Rocket, która uprzykrzała życie zresztą nie tylko nam. Oczywiście pokonanie tych wszystkich trudności to tylko jedna strona medalu. Doświadczenia nabywane podczas całej podróży bardzo przydawały się w trakcie finalnego sprawdzianu – zmierzenia się z Elitarną Czwórką i zdobycia upragnionego tytułu Mistrza Pokemonów.
Zabawę w Pokemonach możemy podzielić na dwie części. W pierwszej obserwujemy naszego bohatera z góry – w widoku standardowym dla większości RPG. W ten sposób podróżujemy z miasta do miasta, zbierając różne przedmioty, spotykając takich jak my trenerów i oczywiście łapiąc pokemony. To wokół nich wykreowany został cały świat gry i tak naprawdę to one są jej prawdziwymi bohaterami. Bez nich niczego byśmy nie osiągnęli, nie pokonalibyśmy zła ani nie spełnili swoich marzeń. I tu dochodzimy do drugiej, znacznie ważniejszej sfery rozgrywki – walki. W Pokemonach wszelkie problemy, konflikty i wyzwania rozstrzygane są właśnie za pomocą potyczek złapanych przez nas stworków. Do boju możemy posłać do sześciu różnych pupili. Każdy z nich ma i swoje słabości, i mocne strony, a odpowiednie ich dobranie jest kluczowe dla osiągnięcia sukcesu. Oczywiście z każdą wygraną nasze pokemony zdobywają doświadczenie, dzięki któremu osiągają kolejne, coraz wyższe, poziomy gry. Co jakiś czas uczą się też nowych, coraz potężniejszych umiejętności, a co najważniejsze – ewoluują w o wiele silniejsze i groźniejsze formy samych siebie.
Od strony graficznej Pokemony mogły się bardzo podobać, zważywszy zwłaszcza na fakt, że pojawiły się na Game Boyu. Zawsze robiło to na mnie wrażenie, że na tak małym kartridżu umieszczono aż 151 różnych stworków, nie wspominając już o całej reszcie gry. Kompozycje, które słyszymy przy każdej okazji, należą już do klasyki i ciężko się im oprzeć. Fanfary po każdej wygranej bitwie są równie znane i lubiane jak te z cyklu Final Fantasy, a i reszta utworów jest podobnie rozpoznawalna.
I tak seria Pokemon trwa już 16 lat. Nie zmienia się za bardzo, co tylko świadczy o tym, jak dobrze przemyślane i skonstruowane zostały jej pierwsze części. Wiele osób twierdzi, że są to gry dla małolatów i niepoważnych ludzi. Jest to dość dziwne, gdyż Pokemony praktycznie niczym nie różnią się od najlepszych RPG na rynku. Skompletowanie odpowiedniej drużyny i dobranie jej zdolności wymaga niemałego myślenia strategicznego, a wygranie bitwy z żywym graczem często graniczy z cudem.
Dla mnie Pokemon Red i Pokemon Blue to bardzo ważne tytuły w historii gier. Są niesamowicie wciągające, bardzo proste do opanowania, lecz trudne do „wymasterowania”. Ja, mimo coraz większej liczby wiosen na karku, uwielbiam od czasu do czasu zagrać w którąś część z serii. Pokemony od lat mają swój niesłabnący urok, który za każdym razem przyciąga nowych graczy i to w różnym wieku. I mogę się założyć, że nawet najtwardsi wymiatacze w Call of Duty nie raz dali się porwać tym znanym całemu światu stworkom.