Jakoś nie widzę sensu posiadania kabrioletu w naszym kapryśnym, polskim klimacie. Więcej czasu można spędzić składając i rozkładając dach niż na jeżdżeniu w bezchmurne dni bez niego. To tak jakby trzymać deskę surfingową w domku nad jeziorem i liczyć na dzień, w którym spokojna tafla wody poryje się falami. O ile kiedykolwiek to nastąpi. Na szczęście jest tani i dobry sposób na to by pojeździć kabrioletem bez martwienia się o pogodę czy cenę samego samochodu. Już w 1986 roku z pomocą przyszedł nam Yu Suzuki, dzięki któremu dostaliśmy automat z Out Run.
Tym razem nie wcielamy się w żadnego człowieka, potwora czy inne stworzenie. Głównym bohaterem tej gry jest nic innego jak legendarne auto – Ferrari Testarossa. Piękne, krwiście czerwone, niesamowicie szybkie i oczywiście bez dachu. Dlaczego niby samochód miałby być ważniejszy od ludzi w nim siedzących? Sprawa jest prosta! Zarówno kierowca, jak i jego urocza pasażerka nie posiadają imion, ani nawet pseudonimów.
Dawniej zasady gier były mało skomplikowane i taką też sytuację spotykamy w Out Run. Naszym celem było dojechanie ze startu do mety w ściśle określonym czasie. I tyle. Cała trasa była podzielona na pięć sekcji pod koniec których musieliśmy wybrać jedną z dwóch ścieżek naszej dalszej podróży. Im częściej wybieraliśmy prawy szlak tym gra robiła się trudniejsza. Jednak jaki był sens obierania sobie bardziej wymagającej drogi? Chociażby po to by zwiedzić wszystkie piętnaście lokacji, jakie czekały na nas w grze, jak i obejrzeć jedno z pięciu różnych zakończeń. Był to dość prosty zabieg by na dłuższy czas zatrzymać graczy przy automacie do gry.
Żeby było ciekawiej, grę można było przejść w około sześć minut, jednak osiągali to tylko najwybitniejsi mistrzowie kierownicy. Out Run pomimo swej prostoty nie był łatwym tytułem do opanowania. Jeśli chciało się osiągać najlepsze wyniki, trzeba było spędzić przy tej grze niemało czasu. Nie wystarczyło w nim trzymać gazu do dechy by wygrywać. Należało ruszać z odpowiednią dozą gazu, zmienić bieg we właściwym czasie i co jakiś czas używać hamulca. Same trasy też nie ułatwiały sprawy. Były kręte, mocno pofalowane i często wyrzucały nas z zakrętów w jakieś krzaki i skały. Do tego dochodził ruch uliczny, który był nieprzewidywalny, co często kończyło się na stłuczkach, a nawet „dachowaniach”. To wszystko boleśnie przekładało się na utratę cennego czasu, który bezwzględnie odliczał w dół bez względu na sytuację na drodze. Out Run był bardzo przebiegłym tytułem i dało się to najbardziej odczuć właśnie na automatach, kiedy to nasze żetony znikały w zastraszającym tempie. Sam dawałem się nabrać na jego niepozorność i wydałem na niego niemałą sumkę.
Out Run swojego czasu odnosił olbrzymie sukcesy. Kabiny z tą grą sprzedawały się jak ciepłe bułeczki i nie było szanującego się salonu gier bez przynajmniej jednej. Ba! Nawet w Polsce ciężko było znaleźć miejsce z automatami bez tego tytułu. Nic dziwnego, że w 1988 roku zdobył nagrodę za najlepszą grę arcade roku, jak i najlepszą grę w ogóle. Został przeportowany na niezliczoną ilość konsol i komputerów, a jego popularność nie słabła przez lata. „Jedynka” była tak dobra, że oficjalny jej sequel wyszedł dopiero w 2003 roku na automatach. Oczywiście w międzyczasie powstawały takie gry jak OutRunners czy Out Run 2019, jednak Yu Suzuki nie miał z nimi za wiele wspólnego. Tylko Turbo Out Run z 1989 wyszedł spod jego rąk. Określił go nieoficjalnym numerem dwa serii.
Prawdę powiedziawszy Out Run to prawdziwy automatowy potwór. Latami wysysał od nas ostatnie grosze, a co gorsza nigdy nie pozostawiał w nas przez to żadnego poczucia winy. Wręcz przeciwnie! Odchodziliśmy od niego z dumą, że tym razem udało nam się pokonać nowy odcinek trasy, którego nikt wcześniej nie ruszył. To wszystko wskazuje na to jak dobrym tytułem był Out Run. Prosty, szybki i z odpowiednią dozą trudności. Jeżeli brakuje wam tej gry to najlepiej zaopatrzyć się w wersję na Segę Mega Drive. Nie jest droga, bawi tak samo jak edycja arcade i co ważniejsze nie wysysa od nas co chwilę żetonów.