Zawsze byłem zdania, że gry powinny być w jakiś sposób oderwane od rzeczywistości. Nagłe urośnięcie po zjedzeniu grzybów, wyrywanie gołymi rękoma kończyn czy rzucanie kulami ognia – również jest mi przykro, że to po prostu niemożliwe. Ale bieganie za piłką po murawie czy granie w kosza na sali? Od tego są kumple, z którymi można umówić się na wieczorny mecz albo w naprawdę ekstremalnych przypadkach WF. Nie ma to jak w gronie przyjaciół utaplać się w błocku, pokopać po kostkach, poprzewracać, a po wszystkim pójść i napić się czegoś gazowanego. Człowiek od razu czuje, że żyje. Jednak, czym byłoby życie bez cudownych wyjątków od reguły?
Wygląda na to, że panowie ze studia Midway na początku lat dziewięćdziesiątych mieli tok myślenia podobny do mojego. Postanowili wziąć najsłynniejszy sport kontaktowy owych czasów i odrealnić go, jak tylko się da. Mowa oczywiście o koszykówce i grze NBA Jam.
Twórcy zrobili to już wcześniej z Arch Rivals, ale tym razem poszli o wszechświat dalej. Wykupili prawa od samego NBA, co umożliwiło im wpakowanie aż dwudziestu siedmiu oficjalnych drużyn do gry. Oznaczało to pięćdziesięciu czterech prawdziwych zawodników! Jednak to sama rozgrywka była tu największym bohaterem.