Mortal Kombat było jak zderzenie z pociągiem, jak gra w football bez ochraniaczy czy jedzenie brukselki. Zamiast rysunkowych postaci ukazali nam się wydigitalizowani aktorzy, a zamiast kolorowych teł, mroczny klimat Zaświatów. No dobra. A co było tak powalające? Wszyscy, nawet nasi biedni rodzice, wiedzą, że Mortal Kombat w wolnym tłumaczeniu to „wszędzie krew”. I tak rzeczywiście było.
Większość celnie wymierzonych ciosów kończyła się czerwonymi rozpryskami. Krew chlapała gdzie tylko się da i przy każdej najmniejszej okazji. Było to swoiste przygotowanie do tego, co nas czekało w finale każdej walki. Mowa tu oczywiście o nigdzie wcześniej niespotykanych wykończeniach, czyli fatality! Niedorzeczne, brutalne i bardzo satysfakcjonujące. Wyrywanie serc, czy głów wraz z kręgosłupem było normą, a każde z nich wywoływało niepokojący uśmiech na twarzach wszystkich. Każdy chciał je umieć, jednak nie wszystkim było to dane. Zawsze się zastanawiałem, skąd brali te wszystkie kombinacje. Też chciałem zabłysnąć w salonie!
Przy automatach Mortal Kombat kieszonkowe znikały w zastraszającym tempie. Na ratunek biednej młodzieży przyszło Acclaim. W 1993 mogliśmy już zagrać w domowych pieleszach na SNES i Mega Drive. Wszyscy napaleńcy, jak jeden mąż, ruszyli do sklepów wykupując to jedną, to drugą wersje. Co się jednak okazało, kiedy odpalili swoje nowiutkie gry na swoim sprzęcie? Niestety nie było tak różowo jak mogłoby się wydawać.