Halloween w naszym kraju powoduje mieszane reakcje. Jedni tylko czekają aż będą mogli się przebrać w coś cudacznego i wyskoczyć na imprezę na mieście, inni zaś bojkotują wszystko, co jest z tym świętem związane. Sam stoję gdzieś po środku tego sporu jednak nie widzę żadnych przeciwwskazań by z tej okazji nie przypomnieć sobie jakiejś gry z potworami, szkieletami i innymi okropieństwami. O dziwo, taki tytuł pojawił się w 1989 roku na NES-ie i to dzięki znanej wszystkim firmie Bandai.
Prawdę powiedziawszy Monster Party można by było bez problemu wrzucić do wora z przeciętnymi platformówkami i nikt by się z tego powodu nie obraził. Dostajemy mało wyróżniającego się bohatera, który dzierży w dłoniach mało efektywną broń, a samo skakanie też nie wychodzi mu najlepiej. Gra ma jednak do zaoferowania coś ponadto – klimat pełen groteski i niedowierzania. Świadczy o tym chociażby ekran tytułowy, po którym przechadza się wielka, smażona krewetka w towarzystwie Minotaura i wielkiego pająka.
Nawet fabuła Monster Party przedstawiana za pomocą najwolniej pojawiającego się tekstu na świecie potrafi namieszać nam w głowach. Pewnego wieczoru chłopczyk imieniem Mark wraca sobie spokojnie do domu po meczu baseballowym. W pewnym momencie na nieboskłonie zauważa jasno świecącą gwiazdę, która z czasem robi się coraz większa i większa, aż w końcu upada przed nim. Okazuję się, że to, co widział Mark wcale nie było ciałem niebieskim, a spadającym z nieba skrzydlatym potworem. Bert (bo tak ma na imię) szybko tłumaczy bohaterowi, że jest mu bezwzględnie potrzebny gdyż tylko on może uratować jego świat przed złymi maszkarami. Pomimo protestów Marka stwór i tak go porywa uspakajając po drodze, że da sobie radę. Jakby tego było mało, Bert scala się z chłopcem dając mu swoje zdolności. I tak niby banalna historia o ratowaniu świata zostaje przedstawiona nam w bardzo nietypowy sposób.
Bez żadnego dalszego wyjaśnienia jesteśmy wrzucani do gry. Oczywiście wcielamy się w Marka, którym przedzieramy się przez poziomy za pomocą kija baseballowego. Dodatkowo jesteśmy w stanie zamienić się na krótki okres w Berta dzięki pigułkom upuszczanym przez wrogów. Daje nam to zdolność latania, jak i możliwość strzelania kulami ognia z oczu, co w znacznym stopniu ułatwia rozgrywkę. Idąc za platformowym instynktem ubijamy wszystko, co się rusza tylko po to, by dostać się do końca etapu. Niestety jest to jedna z pułapek, które pozastawiali na nas twórcy. Naszym celem jest nie tyle dojście z punktu A do punktu B, ale i odnalezienie po drodze klucza, dzięki któremu jesteśmy w stanie otworzyć przejście do następnego poziomu. Zdobywamy go zabijając bossów, których musimy szukać za drzwiami rozsianymi tu i ówdzie. Dostęp do niektórych z nich bywa miejscami mocno utrudniony, a żeby było zabawniej nie w każdych znajdziemy poszukiwanych przez nas przeciwników.
Co do samych oponentów, to spotkamy tutaj najbardziej kuriozalne stworzenia, jakie możemy sobie wyobrazić. Już na pierwszym poziomie prócz opętanych uczniów i wielkich gałek ocznych, napotykamy psy z ludzkimi twarzami i wystające z ziemi wierzgające nogi. Do tego dochodzą chociażby chodzące spodnie czy biegające, rybie głowy. Sami bossowie to niedorzeczność najwyższego stopnia. Studnie rzucające talerzami, stonogi leżące na łóżkach, rockmani z gitarami, krążki cebulowe! Ba! Niektórzy z nich zamiast walczyć każą nam oglądać swój taneczny występ bądź leżą już martwi.
Poza tymi wszystkimi dziwami, Monster Party ciągnie za sobą pewną kontrowersyjną sprawę. Z początku gra miała wyjść na rynku japońskim, jednak w pewnym momencie zaprzestano nad nią prac. Nintendo zorientowało się, iż finalny produkt może być zbyt mroczny i krwawy dla młodszych posiadaczy Famicoma. Pomimo to tytuł trafił na amerykańskie NES-y, lecz z pozamienianymi elementami otoczenia i przeciwnikami. Mimo to w grze ciągle można napotkać czaszki broczące krwią, szkielety moczące się w posoce i wiele innych niepokojących widoków.
Monster Party jest jednym z najdziwniejszych tytułów, z jakimi miałem do czynienia. Grawszy w niego nie obchodził mnie nudny bohater, nijaka rozgrywka czy miejscami denerwująca muzyka. Liczyły się tylko niewiarygodne rzeczy, jakie czekały na mnie na następnym ekranie. I przyznaję, że aż do samego końca Monster Party potrafił niesamowicie mnie zaskoczyć. Jeżeli będziecie kiedykolwiek mieć możliwość pogrania w niego, to przejdźcie go do końca. Zwieńczenie fabuły naprawdę jest tego warte.