W połowie lat 80. pojawiły się malutkie samochodziki. Nie mówię o Matchboxach, które były dostępne już w latach 60., mówię o tycich replikach, znanych jako Micro Machines. Swego czasu sprzedawały się one lepiej niż wspomniane resoraki. Niestety, w przeciwieństwie do nich, były narażone na wiele niebezpieczeństw. Wciągniecie odkurzaczem czy upadek w czeluść niewielkich dziur w podłogach to tylko początek długiej listy zagrożeń, jakie na nie czyhały. Takie wypadki zdarzały się nader często, co czyniło ich właścicieli dość sfrustrowaną grupą kolekcjonerów.
Na szczęście z pomocą przyszło właśnie Codemasters. Stworzyło Micro Machines na NES-a oraz lepiej nam znanego Pegasusa. W końcu nie musieliśmy martwic się o ubytki w naszych zbiorach i mogliśmy zająć się tylko i wyłącznie czystą zabawa. Gorzej, jeśli coś złego stało się kartridżowi z grą, ale o to trzeba było się już trochę postarać.
Zacznijmy od tego, że Micro Machines, jak na swoje czasy, było grą wielką. Do przemieszczania się mieliśmy dziewięć różnymi pojazdów i nie były to tylko samochody. Otrzymaliśmy również helikoptery, łodzie, a nawet czołgi. Na dodatek każdym z nich sterowało się zupełnie odmiennie, a każdy wyścig oferował inne emocje. Tras było aż dwadzieścia osiem i nie stosowano wtedy sztuczek w rodzaju lustrzanego odbicia. Każda z nich okazywała się niepowtarzalna. Podzielone zostały na dziewięć różnych rodzajów, a że mieliśmy do czynienia z malutkimi wehikułami, były to miejsca, w których nigdy wcześniej się nie ścigaliśmy, takie jak stoły w kuchni, biurka, dywany, garaże, a nawet wanny. Każde charakteryzowało się inną szatą graficzną i przeszkodami, które musieliśmy pokonać. A tych trafiało się co niemiara. Od zwykłych zawalidróg, takich jak doniczki czy pomarańcze, przez lepkie plamy kleju, na przepaściach i wyrwach najróżniejszej maści skończywszy.