Cofnijmy się aż do 6 sierpnia 1986 roku. Właśnie wtedy firma Nintendo wypuściła na swoją japońską konsolę Famicom pierwszego Metroida. Jak się później okazało, premiery amerykańska i europejska zostały o wiele cieplej przyjęte i po dziś dzień Metroid radzi sobie dużo lepiej na Zachodzie niż w Kraju Kwitnącej Wiśni. Czyżby Japończycy mieli jakieś uprzedzenia do kosmosu?
Cała historia zaczyna się bardzo prosto. Wcielamy się w łowcę nagród o nazwisku Samus Aran i zostajemy wysłani na planetę Zebes w pogoń za nikczemnymi Gwiezdnymi Piratami. Ukradli oni organizmy zwane metroidami z zamiarem stworzenia broni biologicznej. Jak nietrudno się domyślić, naszym zadaniem jest powstrzymanie ich od realizacji niecnych planów i zabicie mózgu całej operacji.
Kiedy na automatach i konsolach królowały platformówki i wydawało się, że nie można już nic oryginalnego do nich dorzucić, nadszedł** Metroid i wszystkim zaśmiał się w twarz. Na pierwszy rzut oka był to zwykły platformer, jednak tak naprawdę było mu bliżej do The Legend of Zelda niż do Super Mario Bros. Może to i dziwnie zabrzmi, ale dość znaczącą zmianą okazała się już możliwość biegania w lewo. Ilu to graczy zostało zaskoczonych, kiedy – po rozpoczęciu podróży w standardowy sposób – napotykali ścianę nie do pokonania. I tak mniej więcej wyglądał cały Metroid**. Dostawaliśmy olbrzymią mapę do eksploracji i mogliśmy po niej biegać do woli, póki nie natrafiliśmy na jakąś przeszkodę. Wiązało się to często ze znalezieniem odpowiedniego ulepszenia dla naszego kosmicznego kombinezonu. A to zmienialiśmy się w małą kulę, która mogła przemierzać niziutkie korytarze, a to uzbrajaliśmy się w rakiety do otwierania bardziej opornych drzwi albo znajdowaliśmy promień zamrażający przeciwników, co umożliwiało wskakiwanie po nich na co wyższe partie mapy. Krótko mówiąc – obowiązywała zasada: szukaj, a będzie Ci dane grać dalej.