Im dłużej w to gram, tym bardziej przypomina mi się pewien tytuł. Nie, nie jest to DOOM, nie jest to nawet FPS. To stara platformówka, w której niepozorny niebieski chłopiec-robot ratuje świat przed armią rządnego władzy doktora. Mówię oczywiście o Mega Manie!
Pierwsza część serii pojawiła się pod koniec 1987 roku. Debiutowała wtedy na NES-ach i nie był to dobry początek. Gra sprzedała się dość marnie, mimo że nie była zła. Wielu obwinia o to zaprezentowaną na pudełku jedną z najbrzydszych grafik w historii. I trzeba przyznać, że poniekąd ma rację. Na szczęście twórcy nie zrazili się nie najlepszym startem i postanowili dać nowemu tytułowi jeszcze jedną szansę. Prawie równo rok później wyszedł Mega Man 2.
Historia w każdym Mega Manie jest praktycznie taka sama. Chodzi o ratowanie świata przed nikczemnym Dr. Wilym. Za każdym razem buduje on armię zabójczych robotów, które tylko nasz bohater jest w stanie powstrzymać. Ot i cała fabuła.
Gra jest platformówką, jedyną w swoim rodzaju. Już od samego początku, zamiast zostać rzuconym prosto w akcję, mamy możliwość wyboru, od którego z ośmiu etapów rozpoczniemy zabawę, a jest to dość ważne w późniejszej podroży. Poziomy składają się z dwóch części – pierwsza to skakanie po platformach i pozbywanie się wszystkiego, co staje nam na drodze, druga zaś to walka z bossem. Za każdym razem jest to zupełnie inny robot Dr. Wily`ego, a pokonanie takiego delikwenta kończy się przejęciem jego mocy. I to jest bodajże najważniejszy myk w całej serii Mega Man. Od tego, jakie moce posiadamy i na jakim etapie jesteśmy, zależy to, jak nam będzie dalej szło. Ba! W niektóre miejsca nie dostaniemy się bez odpowiedniej zdolności. Co ważne, każdego z bossów da się pokonać mocami innego i przy zastosowaniu odpowiedniej broni możemy znacznie ułatwić sobie potyczkę. A wierzcie mi, ułatwianie sobie życia w każdym Mega Manie to bardzo ważna rzecz.