Może i chłopu w moim wieku nie wypada cieszyć się Dniem Dziecka, jednak ignoruję ten fakt i chodzę świętować tak, jak robiłem to dawno temu z moimi rodzicami. Idę do McDonalda, kupuję sobie Happy Meal i do tego wybieram najbrzydszą zabawkę z zestawu. Tradycji musi stać się zadość! Niestety, przypomina mi to o jednym tytule, z którym miałem styczność już na Pegasusie. Tytule, który powinien wstydzić się, że w ogóle powstał!
Nawet jako dziecko patrzyłem nieufnie na Ronalda McDonalda. Jakoś ludzie w jaskrawożółtych kombinezonach nie wzbudzają we mnie sympatii. Do tego dochodzi ten niecny uśmieszek, z powodu którego ciężko uwierzyć w jego przyjacielskie intencje. Niestety, to właśnie jemu musimy pomóc, a jego problem brzmi dość niepokojąco. Otóż trzeba odnaleźć jego ukochany, magiczny worek, który skradł mu znany w okolicy złodziejaszek Hamburglar. Oczywiście jak na odpowiedzialnego dorosłego przystało, w tę pełną niebezpieczeństw podróż wysyła on dwójkę dzieci – Macka i Micka. W końcu czemu miałby ryzykować własne życie. W ten oto sposób wyruszamy na nudną, nijaką i mało oryginalną wyprawę.
W latach dziewięćdziesiątych najpopularniejszym gatunkiem wśród graczy były platformówki i tym właśnie jest M.C. Kids. Gdyby ten tytuł miał wyjść teraz, zapewne byłby FPS-em, w którym strzelalibyśmy hamburgerami w głodnych przechodniów. Ale mniejsza z tym. Wszystkie jego elementy już gdzieś widzieliśmy, a większość z nich pochodzi z dzieł Shigeru Miyamoto. Już pierwsze chwile z grą wywołują wrażenie déjà vu, kiedy to pokazuje się mapa świata do złudzenia przypominająca tę z trzeciej części przygód braci hydraulików. Dzięki premierze w 1992 roku M.C. Kids mogło podpatrzeć też parę rozwiązań z Super Mario World, jak chociażby bramkę kończącą każdy etap. Aby jednak nie wyszło, że kompletnie skopiowano ten pomysł, umiejscowiono ją w poziomie, a nie w pionie. Cóż za przebiegły trik! Co ciekawe, nie dostrzeżono najważniejszej rzeczy w tego tupu grach – wykańczania przeciwników skokiem na głowę. Zamiast tego zaimplementowano rzucanie skrzynkami zapożyczone wprost z Chip 'n Dale Rescue Rangers. Oczywiście zostało to zrobione tak nieudolnie, że nie było sensu w ogóle z tego korzystać. Dlaczego? Po pierwsze rzucane przez nas przedmioty miały skłonność do notorycznego chybiania, a nawet jak udało się coś utłuc, to pojawiało się to ponownie w tym samym miejscu. Niestety, nie dotyczyło to skrzyneczek.
Jednak nie bądźmy do końca tacy okrutni. Na uznanie zasługiwały chociażby nieliniowe projekty poziomów. Pomijając fakt, że poruszanie się po nich to niewielka przyjemność z powodu nieprecyzyjnego sterowania, potrafiły skutecznie ukrywać karty, które były konieczne do przechodzenia dalej. Niestety, zmuszało to nas do spędzania z grą większej ilości czasu, co przy takim tytule powodowało niemałe wynudzenie przyprawione szczyptą frustracji. Jeżeli jednak nikt się jeszcze nie zraził do M.C. Kids, to z radością przyjmie wiadomość, że po drodze można było natrafić na sekretne poziomy, które nie wiadomo dlaczego odkrywaliśmy, przechodząc przez suwak umieszczony gdzieś na niebie.
Nawet oprawa graficzna tej pozycji nie mówi o niej nic dobrego. Cały świat wygląda, jakby został wyprany w „zwykłym proszku”. Kolory są bure i poszarzałe, a chyba nie o to chodzi w wesołej grze skierowanej głównie do dzieciaków. Trochę szkoda, bo wszystko wokół jest nawet ładne – postacie z McDonalda są rozpoznawalne, a poziomy mają swój specyficzny klimat. Szkoda więc, że nie postarano się o lepszą paletę barw. Przynajmniej muzyczka przygrywająca w tle okazuje się całkiem przyjemna. Może wpaść w ucho i nie wydostać się z głowy przez dłuższy czas. Widzicie, jednak jest coś oryginalnego w tej grze!
M.C. Kids to jedna z tych produkcji, w przypadku których ostatnią rzeczą, jaką robią one dobrze, jest bawienie ludzi. Nie powstała ona dzięki pasji programistów czy dla spragnionych dobrej rozrywki graczy. Powstała tylko i wyłącznie dla czystej reklamy i chęci łatwego zarobku. Do tego, grając teraz w ten tytuł, nie mogłem opędzić się od podtekstów – szukanie magicznego worka Ronalda, suwaki kryjące sekrety i końcowy boss strzelający dziwnymi, białymi wężami. Niestety, to już nie na moją głowę. Pewnie powiecie zaraz, że jako dziecko bawiłem się w M.C. Kids z ogromną przyjemnością. I tu muszę Was zmartwić. Zawsze uważałem, że pozycja ta jest za krótka, nieprzyjemna w sterowaniu i mało odkrywcza. Zatem jeżeli chcecie pograć w porządnego platformera, tego zostawcie w spokoju. Na samego NES-a jest sporo o wiele lepszych alternatyw.