Lata mijały, a pod mój dach trafiło wspaniałe Super Nintendo. Co rusz kupowałem sobie największe hity - Super Castlevania IV, Yoshi’s Island, Donkey Kong Country! Zabawy, co niemiara. Pewnego słonecznego dnia przyszła paczka z nową dostawą gier. Po otwarciu pudełka, ku mojemu zdziwieniu, pośród szarości kartridży, rzucał się w oczy jeden czarny. Była to znajoma czerń. W ułamku sekundy wróciły wspomnienia o mrocznym automacie z samego końca alei. Tym razem jednak byłem gotowy. Chwyciłem grę w swoje łapy, wsadziłem do konsoli i odpaliłem. Tak zaczęła się moja przygoda z Killer Instinct.
Pierwsze minuty były prawdziwym zawodem. Może i gra wyglądała przepięknie, jak na SNES-a, a muzyka brzmiała jak nigdzie indziej, ale Killer Instinct nie był niczym odkrywczym. Ot mroczny klimat wyciągnięty z mordobić od Midway, system walki zalatywał produkcjami Capcom, a fatality nie robiły już takiego wrażenia, jak kiedyś. Jednak wystarczyło posiedzieć trochę dłużej, chaotycznie ponaciskać przyciski na padzie, a potencjał tego tytułu kawałek po kawałku ukazywał mi się przed oczami.