Zaczyna się dość groteskowo i bardzo nieoryginalnie. Ot, zwykła historia rycerza imieniem Arthur. Siedzi on sobie w samej bieliźnie ze swą ukochaną księżniczkę Prin Prin na pikniku obok cmentarza. Oczywiście cały świat zazdrości bohaterowi panny, zatem zostaje ona porwana. I to nie przez byle kogo, tylko przez samego Szatana! Co zatem robi nasz dzielny wojownik? Ubiera się w lśniącą zbroję i rusza na ratunek przechodząc przez sześć złowrogich krain!
Do walki ze złem ma swoją wierną lance, noże i najbardziej bezużyteczne kule ognia, jakie gracze kiedykolwiek widzieli. Rzucone, spadały przed jego stopami, paląc efektownie trawę. Zupełnie jakby były przeklęte. I nie mógł on liczyć na żadne inne moce. Nie było tu magicznych grzybów czy gwiazdek. Tylko on i broń, która w jakiś dziwny sposób nie dawała żadnej psychologicznej przewagi.
Zbroja również była jakaś dziwna. Ledwo dotknięta spadała, ukazując czerwone gatki Arthura. Niestety, każdy następny kontakt z wrogiem zamieniał bohatera w kupkę sypiących się kości. Jednak co zrobić. Po drodze nie było możliwości odzyskania odzienia, więc nasz dzielny rycerz był przez cały czas narażony na upokorzenie, przewiane nerki i nagłą śmierć.
A paskud po drodze było wiele. Aż za wiele! Armia najbardziej chaotycznych potworów, jakie można było sobie wyobrazić. Chochliki latające w nieokreślony sposób, burrito-duchy rzucające oszczepami, zombie wychodzące z ziemi nawet pod stopami i najgorsze z nich – czerwone gargulce! To właśnie jednego z nich wysłał Szatan, żeby porwać księżniczkę. I nie ma się czemu dziwić. To najbardziej wkurzający, oszukańczy drań, jakiego nosi świat gier!