Tego ostatniego poznałem dość późno w jego karierze, bo za sprawą gry Felix the Cat stworzonej w 1992 roku przez Hudson Soft. Trudno uwierzyć, że początki tego czarnego kocura sięgają aż 1919 roku, przez co jest starszy od samej Myszki Miki! Od czasu swojego debiutu przeszedł kilka ewolucji, ale najważniejsza z nich miała miejsce w latach 50., kiedy to w swoje łapki dostał magiczną walizkę potrafiącą zamieniać się w cokolwiek zechce. I tak stał się idealnym materiałem na doskonałego bohatera gry!
Hudson Soft musiało być pod dość mocnym wpływem Super Mario Bros. 3 zabierając się za Felix the Cat, a widać to już od fabuły. Jest to standardowa historia o porwanej ukochanej i dążeniu do władzy absolutnej. Kidnaperem tym razem jest Professor (tak, to jego faktyczne imię), który w zamian za dziewczynę Felixa chce jego magiczną torbę. Oczywiście tylko dzięki niej jest w stanie zapanować nad światem, gdyż stacja kosmiczna i różnego typu wynalazki, które tworzy, nie są w stanie pomóc mu w złowieszczych planach. I tak kocur wyrusza na akcję ratunkową ze swoją nadzwyczajną walizeczką.
Sama gra to pozornie standardowa platformówka, która, jak już wspomniałem, czerpie pełnymi garściami z Super Mario Bros. 3. Zamiast monet mamy tutaj medale z twarzą Felixa, które zamieniają się w życie po zebraniu stu, wielkie torby rozsiane po mapie są zamiennikami zielonych rur, a wszelkie okienka informacyjne i przerywniki między etapami też wyglądają dosyć znajomo. Jednak mimo wielu zapożyczeń Felix the Cat to bardzo oryginalny tytuł, a to dzięki magicznej torbie głównego bohatera. Felix używa jej jako narzędzia do likwidowania przeciwników. Z początku jedyne na co ją stać to uderzanie ogromną rękawicą bokserską, jednak ta sytuacja szybko się zmienia po zebraniu serduszka, które można znaleźć pod którymś z medali. Dzięki niemu bagaż uzyskuje nowy atak, a możemy to zrobić kilkukrotnie. Przez to na jednej planszy możemy zamienić się w magika strzelającego gwiazdkami, szalonego kierowcę jednokołowca zabijającego dźwiękiem klaksonu, a nawet czołgistę zmiatającego wszystko wokół. Ale to nie wszystko! Dodatkowe narzędzia obronne czekają na nas w późniejszych etapach w grze, w których musimy latać, pływać czy podróżować w przestrzeni kosmicznej. Warto nadmienić, iż każda forma Feliksa wymaga od nas innego podejścia do sposobu grania, a zmienia się ona czasami po kilka razy na etap.
Szkoda tylko, że przeciwnicy, którzy stają nam na drodze to słodkie zwierzątka cieszące się swoim malutkim życiem. Przechadzają się spokojnie po planszach nieświadome niebezpieczeństwa, jakim niewątpliwie jest Felix. Dość smuto patrzy się na scenę, w której skacząca ot tak sobie rybka dostaje wielką kulą wystrzeloną dopiero co z czołgu. A to tylko jeden z wielu przykładów. Nawet niektórzy bossowie są jacyś tacy… mało groźni. Co na przykład robi tam przychudy naukowiec rzucający w nas piłkami do kosza albo latający z góry na dół robot-puszka? Przez to sama gra jest do bólu prosta i przechodzi się ją w miarę szybko. Do tego co krok dostajemy dodatkowe życia, dzięki czemu ciężko jest zobaczyć ekran z napisem „game over”.
Pomimo tego w Felix the Cat gra się z olbrzymią przyjemnością. Tytuł co chwila kusi czymś nowym i nie pozwala się nudzić chociażby przez chwilę. Główny bohater dysponuje ogromnym wachlarzem zdolności, co w wielu platformówkach po prostu nie funkcjonuje. Do tego gra wygląda ślicznie i brzmi doskonale. Dobrze wiedzieć, że w Hudson Soft byli ludzie, którzy naprawdę lubili Feliksa. Sam darzę go sympatią, mimo że jest kotem. Szkoda tylko, że sam bohater nie ma racji bytu w naszych czasach. Przynajmniej doskonale funkcjonuje w grze, która praktycznie w ogóle się nie zestarzała.