Gdybym powiedział, że Earthbound jest zwykłym jRPG, to bardzo bym go skrzywdził. I nie byłbym, niestety, pierwszym, który to uczynił. Kiedy gra miała swoją premierę w 1995 roku w Ameryce, tysiące osób przechodziło obok niej, kompletnie ignorując jej obecność na półce. Nie sprzyjało to, rzecz jasna, ilości sprzedanych egzemplarzy, w związku z czym produkcja ta nie dotarła do Europy. Dopiero po latach ludzie zaczęli orientować się, jaką perełką był Earthbound. Niestety, wtedy było już za późno. Po całych Stanach rozeszło się tylko 140 tysięcy egzemplarzy tego tytułu i teraz, żeby wejść w posiadanie któregoś z nich, należy mieć bardzo gruby portfel. Czego zatem nie mieli okazji poznać Europejczycy i co zostało tak zignorowane przez Amerykanów? Sprawdźmy!
W grze wcielamy się w Nessa, małego chłopca mieszkającego na obrzeżach miasta Onett. Pewnej spokojnej nocy budzi go dobiegający z zewnątrz potworny hałas. Okazuje się, że sprawcą całego zamieszania jest meteoryt, który rozbił się na szczycie pobliskiej góry. Nie przybył tu przypadkowo, gdyż wraz z nim przyleciał kosmita o imieniu Buzz Buzz. Tłumaczy on naszemu bohaterowi, że wszechświatowi grozi zagłada z rąk zła o imieniu Giygas, a on sam jest jednym z czwórki wyjątkowych dzieci, które są w stanie je powstrzymać. I mielibyśmy do czynienia z historią, jakich wiele, gdyby nie parę istotnych faktów, o których jeszcze nie napomknąłem. Otóż akcja gry dzieje się w latach 90. ubiegłego wieku, kosmiczny przybysz jest pszczołą, a do pokonywania zła używa się tu między innymi patelni.
Jak już wspomniałem, Earthbound nie jest zwyczajnym jRPG i zaraz Wam to udowodnię. Może i posiada wszystkie podstawowe elementy tego gatunku, jednak przedstawiony w nim świat zmienia kompletnie postać rzeczy. Nie znajdziemy tu powszechnych w innych tytułach karczm, magicznych napojów czy broni białej. Wszystko to zostało pozamieniane na swe bardziej współczesne odpowiedniki, kojarzone z codziennego życia. Dzięki temu zabiegowi mamy wrażenie, że na nowo odkrywamy gatunek, który z pozoru tak dobrze znaliśmy. Bo skąd możemy z początku wiedzieć, że chleb poprawia zdrowie bohatera, a jojo jest mocniejsze od kija baseballowego albo do czego służy hotel, skoro można wyleczyć się w szpitalu? Również przeciwnicy, których napotykamy na swej drodze, stanowią niemałą zagadkę. W końcu ciężko określić, jakimi umiejętnościami dysponuje pies przybłęda, czy miejscowy gang jest w stanie zbić nas na kwaśne jabłko i czy ślimaki są dla nas jakimkolwiek zagrożeniem. Nie myślcie jednak, że w Earthboundzie nie ma miejsca na rzeczy nieprawdopodobne. W końcu we wszystko zamieszani są kosmici nie z tego wymiaru. Ness chociażby posiada psychiczne zdolności, które zastępują znaną wszystkim magię. Oczywiście ich nazwy kompletnie nic nam nie mówią, a poznawanie ich działania w dużej mierze polega na wypróbowywaniu ich w walce.
Jeżeli chodzi o same bitwy, to Earthbound był jednym z pierwszych jRPG, które zrezygnowały z losowych potyczek. Wszyscy przeciwnicy byli od razu widoczni na mapie, dzięki czemu dało się omijać niechciane konfrontacje. Co ciekawe, nie byliśmy w stanie określić z góry, kto nas zaatakuje, a kto nie. Mogliśmy więc zostać napadnięci wszędzie i przez wszystko. Nie żartuję! Wywoływało to mały dreszczyk emocji i zmuszało do bycia w gotowości w każdej sekundzie. Jeżeli jednak wiedzieliśmy, kto jest naszym nieprzyjacielem, to mieliśmy możliwość zajścia go z różnych stron. Dostawaliśmy wtedy różnorakie bonusy ułatwiające walkę. Niestety, wrogowie również mogli korzystać z tej zdolności, co obracało się przeciwko nam. Same starcia zaś bardzo przypominały te z serii Dragon Quest. Przed nami pojawiali się oponenci, a cała potyczka odbywała się w turach. Walki wyglądały bardzo standardowo i niepotrzebnie ich nie komplikowano. Ciekawostką był fakt, że wrogowie czasami marnowali swoje kolejki na zwyczajne zachowania, takie jak śmianie się czy upadanie. Miło było wiedzieć, że nie tylko nam zdarza się zrobić coś głupiego.
Nawet nie grając w Earthbounda, nie sposób pomylić go z którymkolwiek innym tytułem, a to za sprawą stylu graficznego. Przedstawiony w dziwnej perspektywie, bardzo prosto skonstruowany, acz zróżnicowany świat prezentuje się jak narysowany przez pięciolatka. Miejscami sprawia to wrażenie infantylności. Niektóre postacie wyglądają koszmarnie, nie wspominając już o niektórych przeciwnikach. Jednak cała ta stylizacja to tylko pozory. Pod tą słodką, niewinną przykrywką kryje się naprawdę poważna i mroczna fabuła, która swoim skomplikowaniem może konkurować z najlepszymi. Po dziś dzień Earthbound znajduje się u mnie na szczycie oferowanych przez gry historii, choć wcale mnie nie zdziwi, gdy nie uwierzycie mi na słowo.
No dobrze, ale gdzie w tym wszystkim jest wspomniana przeze mnie na wstępie mama? Otóż Earthbound to nazwa gry znana tylko i wyłącznie osobom spoza Japonii. W Kraju Kwitnącej Wiśni zaś produkcja ta nosi tytuł Mother 2 i jest jedną z części trylogii. Pierwsza z nich miała premierę już w 1989 roku na konsolę Famicom, a trzecia nie tak dawno temu, bo w 2006, na Game Boya Advance. Wszystkie trzy mają ze sobą dużo wspólnego, jednak bohaterowie i linia fabularna to indywidualna kwestia każdej z nich. Dzięki temu nie musimy przejmować się, że tracimy jakiś ważny wątek z historii i spokojnie możemy rozpocząć rozgrywkę, od którejkolwiek z odsłon cyklu. Niestety, Earthbound jako jedyny opuścił granice Japonii. Co gorsza, nie ma nawet co liczyć na to, że pozostałe dwa tytuły pojawią się kiedykolwiek poza nią. A szkoda, bo gracze tracą w ten sposób niesamowite pozycje.
Earthbound to prawdziwy diament. Ciężki do zdobycia, strasznie drogi i niesamowicie wyjątkowy. Po dziś dzień przyćmiewa swą oryginalnością i pomysłowością znakomitą większość jRPG, jakie znajdują się na rynku. Zatem jeżeli jakimś niewyjaśnionym cudem natraficie na kartridż z tą produkcją, to zagrajcie w nią koniecznie. Gwarantuję niezapomniane chwile, dużo śmiechu i fabułę wgniatającą w ziemię!