Duke Nukem, bo właśnie o nim mowa, zajął bardzo specjalne miejsce w sercach graczy. I nie chodziło tu o postawione na sztorc blond włosy, czerwony podkoszulek ukrywający szesnastopak na brzuchu i przeszywający wzrok, którego nie było widać zza ciemnych okularów. Jego podejście do świata i teksty wychodzące z jego ust dały mu status legendy. Do dziś uważany jest za ucieleśnienie testosteronu i synonim męskości. A wystarczyła mu tylko jedna gra, by ostro namieszać w tym światku. Był to oczywiście Duke Nukem 3D.
Nie miałem zielonego pojęcia, że 3D w tytule oznaczało trzecią cześć przygód Duke’a. Zastanawiałem się, dlaczego nikt wcześniej nie opowiadał o niesamowitych grach z Księciem w roli głównej. A że ciekawski ze mnie człowiek, nie minęło wiele czasu, bym zorientował się, o co chodzi.
Duke NukemOryginalny b>Duke Nukem wyszedł w 1991 roku dzięki Apogee Software. I cóż można było o nim powiedzieć? Był nieliniowym platformerem, w którym strzelało się do kosmitów i robotów. Po drodze zdobywaliśmy klucze potrzebne do dalszej eksploracji oraz całą masę niepotrzebnych gratów, które dawały tylko punkty. Niestety, gra miała pewną nieprzyjemną właściwość. Powodowała krwawienie z gałek ocznych i uszu. Grafika była w standardzie EGA (320x200) i obsługiwała aż 16 kolorów. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że tło przesuwało się co osiem pikseli. Już po jednym etapie dostawało się zeza. Aż strach pomyśleć, co stałoby się po dłuższej sesji. Na dodatek na nasze nieszczęście dźwięki w grze wychodziły z najstraszniejszego urządzenia, jakie można sobie wyobrazić – PC Speakera! Tony odgłosów były tak wysokie, że powodowały dziurawienie umysłu. Ów jazgot słyszany był wszędzie. Zarówno podczas strzelania, jak i w trakcie chodzenia. Krótko mówiąc, była to prawdziwa szkoła przetrwania, z którą sam Bear Grylls miałby problem.