Helikopter wysadza naszych bohaterów w dżungli, na wyspie w pobliżu Ameryki Południowej. Od razu daje się zauważyć, że Bill i Lance to twardziele. Tylko prawdziwi mężczyźni idą na misję z gołą klatą i trzymają idealnie wyprostowaną postawę. Zasada jest jasna – zabijaj i nie daj się zabić. Niestety, uzbrojenie na początku mamy marne. Zwłaszcza na taką ilość wrogich oddziałów. Ot, zwykły, nierówno strzelający karabinek. Na szczęście taka sytuacja nie trwa długo.
W czasie przebijania się w głąb wyspy znajdujemy cztery rodzaje uzbrojenia i trzy power-upy. Dostawy zdarzają się niezbyt często, toteż trzeba uważać, bo każda utrata życia wiąże się ze stratą broni. Liczy się każdy arsenał inny od podstawowego. No, może poza laserem. Ale i tak każdy z nas wypatruje skrzydlatego czerwonego S, czyli spread guna. Z nim żadna dżungla ani żaden inny z ośmiu etapów nie jest straszny. Aż przyjemnie prze się do przodu w tych trudnych warunkach.
Jak już wspomniałem, wrogów jest cała masa. Głównie biegające mięso armatnie, które nawet nie strzela. Zdarzają się jednak tacy, którzy broń mają i korzystają z niej aż za często. Sporą część oporu stanowią też wieżyczki i wszelkiej maści roboty. Jednak to wszystko to tylko kanapeczki w porównaniu z bossami. Ci zawsze zajmują większą część ekranu i posiadają niezwykle irytujący arsenał ruchów, jak samonaprowadzające bąbelki pod koniec drugiej bazy albo wredne pająki wyskakujące z kokonów w finałowej walce.