Z tej właśnie okazji zrobię sobie dziś małe obchody rocznicowe i przedstawię Wam najwspanialszą grę, w jaką kiedykolwiek grałem na moim kochanym Pegasusie. Niestety, nie jest to ani wspaniały Goal 3 (jak go wszyscy pieszczotliwie nazywają), ani nieziemskie The Fantastic Adventures of Dizzy. Mam na myśli tytuł, który jakimś dziwnym trafem przeszedł bez większego echa – Bucky O’Hare.
Żeby lepiej zrozumieć, o czym jest ta gra, trzeba cofnąć się aż do końca lat siedemdziesiątych. Właśnie wtedy Larry Hama stworzył jej bohatera, a był nim zielony, antropomorficzny zając. Nie, nie jest to znany i lubiany przez wszystkich Jazz Jackrabbit. Mówię o Buckym O‘Hare, który jako kapitan statku Righteous Indignation przemierza kosmos i wraz ze swoją niezastąpioną załogą chroni galaktykę przed żądnym władzy Ropuszym Imperium. Jego przygody zaczęły się od krótkiej serii komiksów, jednak nigdy nie miałem z nią do czynienia. Dopiero serial animowany z początku lat dziewięćdziesiątych przybliżył mi bohaterów tego uniwersum. Gdyby nie on, nigdy nie zwróciłbym uwagi na kartridż z Buckym, a to byłby niemały błąd.
Wprowadzenie do gry jest bardzo krótkie. Załoga Righteous Indignation zostaje napadnięta przez oddziały ropuch i tym samym wszyscy jej członkowie trafiają do niewoli. Na szczęście Bucky`emu jako jedynemu udaje się zwiać, a co za tym idzie, tylko on może uratować swoich kamratów. Może historia w grze nie jest najwyższych lotów, jednak bardzo zmyślnie ją poprowadzono. Fabułę poznajemy z biegiem wydarzeń, zupełnie jakbyśmy oglądali jeden z odcinków animowanej serii.
Z początku kontrolujemy tylko i wyłącznie tytułowego bohatera, jednak w miarę ratowania poszczególnych członków ekipy dostajemy możliwość dynamicznego przełączania się pomiędzy nimi. Ma to niemałe znaczenie w rozgrywce. Otóż każda z postaci posiada unikalne zdolności, które miejscami są konieczne do pokonania przeszkód. Blinky, który jest małym, niepozornym robotem, jest tego najlepszym przykładem. Może i nie sprawdza się za bardzo jako wojak, jednak tylko on swoimi strzałami umie kruszyć niektóre ściany, nie wspominając już o umiejętności latania na krótkie dystanse. Do dyspozycji dostajemy jeszcze Jenny, która potrafi kontrolować psioniczną kulę, kaczora Deadeye, który nie ma sobie równych we wspinaczce, i ziemskiego chłopca o imieniu Willy, który... no cóż, zadaje większe obrażenia od innych. Trzeba przyznać, że kierowanie grupką bohaterów było rzadkością w grach tego typu, toteż Bucky O’Hare stanowił spory powiew świeżości w swoim gatunku. Dodatkowo zwykłe skakanie po platformach zyskiwało mały element łamigłówkowy. Kierowanie odpowiednimi postaciami w odpowiednich miejscach bardzo ułatwiało rozgrywkę.
Jednak o wiele większe wrażenie w grze sprawiały same poziomy, których w Buckym O’Hare było multum. W trakcie przygód zwiedzaliśmy różnego rodzaju planety, więzienie statku-matki ropuch, jego maszynownię i laboratoria, a nawet zsyp na odpadki. Starczyłoby tego na parę gier, szczęśliwie dostaliśmy to wszystko w jednym tytule. Każdy etap oferował diametralnie różną rozgrywkę. Zaczynało się od zwykłego skakania po drzewach, później przeradzało się to w uciekanie przed strugami lawy, jazdę po szynach poruszającymi się z niesamowitą prędkością „wagonikami”, a nawet i sekwencje, w których kierowaliśmy małym pojazdem latającym. Gra nie pozwalała się nudzić nawet przez sekundę. Akcja na ekranie była bardzo intensywna i wymagała maksymalnej czujności.
To, co jeszcze wyróżniało Bucky`ego O’Hare z tłumu innych platformówek, to poziom trudności. W grze ginęliśmy często i gęsto, mimo paska życia, który z czasem dawało się powiększyć. O ile przeciwnicy latający po mapach to mały problem, tak wszelkie przepaście i kolce to nasi najwięksi wrogowie, którzy zabijali nas momentalnie. Na szczęście w miarę rzadko można było popaść przy tej grze we frustrację. W znacznej mierze było to po prostu zdrowe wyzwanie, które sprawiało ogromną satysfakcję. Żeby grało nam się jeszcze przyjemniej, twórcy zaimplementowali bardzo przystępny system kodów, dzięki któremu mogliśmy wrócić w dowolny moment zabawy, co przy takim tytule jak ten okazywało się naprawdę zbawienne.
Dla mnie Bucky O’Hare to jedna z najlepszych platformówek wszech czasów. Ma wszystko to, co powinna mieć bardzo dobra gra. Jest długa, trudna i oferuje ogromną różnorodność. Jakby tego było mało, jest przepiękna i ma jedną z najcudowniejszych ścieżek dźwiękowych, jakie słyszałem. Takich pozycji jak Bucky O’Hare ze świecą szukać nawet w dzisiejszych czasach. Jeżeli w jakiś sposób udało się Wam przegapić ten tytuł, zagrajcie w niego koniecznie. Gwarantuję godziny znakomitej rozrywki! A jeżeli stwierdzicie, że jest dla Was za trudny, to miejcie na uwadze fakt, iż ja przeszedłem go na Pegasusie bez wyłączania konsoli.