Na tę przypadłość cierpiał chociażby Blaster Master, który swego czasu przeszedł bez echa. I nie ma co się dziwić. Na jego opakowaniu znajdował się jakiś dwunożny, pikselowy potwór, w tle latały jakieś kształty, a gdzieś w rogu znajdował się jakiś wielki celownik. Nawet przy ogromnym pokładzie chęci ciężko się zorientować, z czym tak naprawdę ma się do czynienia.
Fabuła w Blaster Master to jedna z najgłupszych historii, jakie możemy poznać w świecie wirtualnej rozrywki. Chłopiec o imieniu Jason jest szczęśliwym posiadaczem żaby. Ta pewnego dnia postanawia uciec podczas zabawy, wymknąć się na podwórze i przyssać się do radioaktywnej skrzynki tam stojącej. Oczywiście płaz mutuje i rośnie do ogromnych rozmiarów, po czym szybko wskakuje do dziury, która o dziwo jest zaraz obok odpadów. Zmartwiony właściciel od razu rusza w pogoń za swoim przyjacielem i skacze zaraz za nim. Na samym dnie jamy zamiast żaby odnajduje przedziwny czołg, którym to postanawia wyruszyć w misję poszukiwawczą. Skąd radioaktywna skrzynka na podwórku Jasona? Czemu żaba jest tak łasa na odpady? I skąd się wziął niesamowicie nowoczesny czołg do zwalczania mutantów na dnie dziury? Tego nigdy się nie dowiadujemy.
Blaster Master to gra, która z początku mogłaby się wydawać zwykłą platformówką. Jeździmy czołgiem zabijając wszystko co się rusza, przeskakujemy z miejsca na miejsce i wypatrujemy jakiegoś końca planszy. Szybko się jednak okazuje, że mapa nie ma zamiaru się kończyć, a cel naszej podróży nie jest z góry ustalony. Stąd grze bliżej do Metroida, niż do jakiejkolwiek innej gry. Jesteśmy zmuszeni do eksploracji podziemnego świata, zdobywać nowe umiejętności do naszego czołgu, a dzięki nowo nabytym zdolnościom odwiedzać niedostępne wcześniej zakątki świata. Niby nic nowego, jednak Blaster Master to coś więcej niż zwykła kalka Metroida. Znajdziemy w nim też bardzo dużo elementów chociażby z The Legend of Zelda! Otóż oprócz jeżdżenia czołgiem to tu, to tam, mamy możliwość wysiąść naszym małym kierowcą. Ma on zdolność wciskania się tam, gdzie pojazd się nie mieści, a jego głównym zadaniem jest zwiedzanie labiryntowych jaskiń w poszukiwaniu bossów. Ich pokonywanie jest kluczowe, gdyż tylko oni wyrzucają dodatkowe części do czołgu, a bez nich tylko możemy pomyśleć o progresie.
Niestety całe to zwiedzanie i podróżowanie cierpi na ten sam problem, który tak boleśnie można było odczuć w Metroidzie – brak jakiejkolwiek mapy. Świat Blaster Master jest niemały i bez kartki i ołówka nie ma co do niego podchodzić. Wiele lokacji to zwykłe ślepe zaułki, nie we wszystkich jaskiniach można znaleźć bossów, a i powroty do niektórych miejsc potrafią być uciążliwe. Warto też nadmienić, że sama gra do łatwych nie należy, więc gubienie się można odczuwać naprawdę boleśnie.
Jak na grę wydaną 1988 roku na NES-a, Blaster Master wygląda nadzwyczaj dobrze. Gra jest pełna szczegółów, na które z miłą chęcią się patrzy. Może i to zabrzmi dziwnie, ale dobrze jest zauważyć, że kółka w czołgu się obracają niezależnie od siebie, a Jason poza pojazdem potrafi położyć się bezcelowo na ziemi. Same lokacje też cieszą oczy. W końcu w tłach nie ma czarnej pustki, a każdy nowy poziom ma swój własny, niepowtarzalny klimat. Szkoda tylko, że pojawiający się przeciwnicy są szarymi plamami, których w dodatku nie ma zbyt wiele rodzajów. Na szczęście nie tyczy się to bossów, którzy są wielcy i bardzo ruchliwi jak na NES-owe możliwości.
Pomijając bzdurną fabułę i tendencje do częstego gubienia się, w Blaster Master gra się z olbrzymią przyjemnością. Sterowanie zarówno czołgiem, jak i Jasonem jest bardzo dobre, odkrywanie nowych lokacji jest naprawdę satysfakcjonujące, a mimo sporego poziomu trudności nie odczuwa się większej frustracji. Szkoda, że tak niesamowite tytuły znikały gdzieś za okropnymi grafikami na opakowaniach, przez co nie znajdowały z początku wielu fanów. Nie ma jednak co narzekać. Później to właśnie my mamy większą radość z odkrywania takich cudów.