Big Nose the Caveman oryginalnie wyszedł w 1991 roku na NES-a za sprawą Codemasters. Wychodził na kartridżach nielicencjonowanych przez Nintendo, przez co musiał mieć obejścia systemów zabezpieczeń konsoli. Było to troszkę nielegalne, chociaż to nic przy naszym Pegasusie. Lecz pal licho kwestie prawne, najważniejsza przecież jest sama gra. I pozwólcie, że od razu was ostrzegę, że Big Nose the Caveman źle zniósł próbę czasu, a bolączki zaczynają się już od fabuły.
Pewnego dnia ze swojej przytulnej jaskini wypełza nad wyraz zarośnięty, prehistoryczny człowiek. Sądząc po jego wielkim kinolu możemy stwierdzić, iż jest to tytułowy bohater gry. Nie zdaje on sobie za bardzo sprawy, po co tak naprawdę wyszedł i zajmuje mu trochę czasu zorientowanie się, że jest głodny. W tym skomplikowanym procesie myślowym pomaga mu przelatujący nad głową karłowaty pterodaktyl, który automatycznie kojarzy mu się z przepyszną pieczenią. I tak niewiele myśląc rusza w pogoń za fruwającym gadem uzbrojony w potężną maczugę.
Jest to jedna z najgłupszych linii fabularnych, jakie w życiu poznałem. Ja rozumiem, że jaskiniowcy głównie zajmowali się dłubaniem w nosie i biciem się po głowach, ale bieganie za jednym zwierzem, kiedy po drodze zabija się dziesiątki innych, nie leży w żadnych ramach logiki. Pewnie znajdzie się parę osób, które zobaczą w tym pogoń za marzeniami, jednak kto rozmyślając za przepyszną kanapką z szynką biegnie po nią przez niebezpieczne tereny, wyrzucając po drodze pachnące pizze i talerze pełne spaghetti. Nie wiem czemu, ale przypomniały mi się przedświąteczne zakupy
Skupmy się jednak na samym bohaterze, o ile można go tak nazwać. Szybko można się zorientować, że maczuga, którą dzierży, jest jedną z najgorzej działających broni w dziejach grania. Jej zasięg to około jednego piksela od samej postaci, a samo machnięcie nią zajmuje trochę czasu. Przy tym przyda się też wiedza, iż Big Nose to najdelikatniejszy jaskiniowiec, jakiego zna historia. Wystarczy jedno dotknięcie czegokolwiek, co się rusza, a ten od razu ginie w akompaniamencie smętnej muzyczki. Tą sytuację diametralnie zmieniają kamyczki, które od czasu do czasu pojawiają się na drodze. Nie dość, że możemy nimi miotać na odległość, likwidując w ten sposób zwierzynę wszelaką, to dodatkowo chronią one od jednego „ciosu”. Niestety, jeżeli je stracimy Big Nose the Caveman staje się praktycznie nie do przejścia. Oczywiście możemy je odzyskać znajdując je z rzadka na planszach, jednak dojście do nich czasami graniczy z cudem.
Na szczęście twórcy pomyśleli o tym, że miejscami może być nam trudno i co parę etapów dali nam sklepik, w którym możemy kupić różnego rodzaju wspomagacze. Można w nim dostać wspomniane już kamyczki, dodatkowe życia, szybsze machanie maczugą (o ile to się do czegoś przydaje), jak i czary o najróżniejszych, niewyjaśnionych właściwościach. Szkoda tylko, że ten sklepik jest podzielony na 3 jaskinie oferujące różne produkty, a po wejściu do jednej z nich nie możemy już odwiedzić reszty. Żeby tego było mało, żadna nie jest opisana, więc o pomyłkę tutaj nie jest trudno.
Dobrze jest też wspomnieć o sterowaniu z piekła rodem. Poruszanie się postacią sprawia okropne wrażenie. Zupełnie jakbyśmy kierowali wyżutą gumą. Big Nose podskakuje z oporem, zatrzymuje się kilometr po puszczeniu guzika i jak już mówiłem, uderza maczugą z prędkością żółwia. Do tego lądując na platformach wpada w mały poślizg, a to w połączeniu z wielkością samej postaci jest często zabójcze. Miejscami ciężko stwierdzić, który piksel jego wielgachnych stóp ma kontakt z ziemią, a który nie. Już nawet nie wspomnę o poziomach, w których musimy latać, bo do dziś prostuję sobie przez to palce.
Jak to się stało, że jako mały brzdąc potrafiłem grać w ten tytuł z przejawami przyjemności? Niestety wszystko od okropnego sterowania, przez bzdurną fabułę, aż po zepsute projekty poziomów i miejscami ubogą grafikę sprawia, że Big Nose the Caveman z całkiem niezłej platformówki zamienił się w niestrawnego gniota. Nawet moc nostalgii nie była w stanie mi pomóc w przełknięciu tej gorzkiej piguły. Aż strach wracać do niektórych pozycji z dzieciństwa, a wiadomo, że Złota piątka ma w sobie jeszcze dwa tytuły, którymi trzeba będzie się w końcu zająć.