Wystarczy spojrzeć na niedorobionego Aliens: Colonial Marines, który wyszedł nie tak dawno temu. I aż dziw bierze, że przez 34 lata od premiery filmowej jest tak mało produkcji na konsole, komputery czy automaty, w które warto zagrać. By było zabawniej niektóre z nich nie mają w sobie żadnych Obcych, a ino potwory, które bardzo je przypominają.
Tak właśnie zrobiło Team 17, które znamy chociażby dzięki Worms. Zafascynowani filmem Ridleya Scotta mieli ogromne ambicje, by zrobić grę o tych kosmicznych drapieżnikach. Niestety licencje nie rosną na drzewach, a zdobycie ich kosztuje często niemałe pieniądze, zatem to brytyjskie studio postanowiło oszukać system. Stworzyli własne uniwersum i swoich kosmitów, które klimatem na kilometr zalatywały tym z pierwszego Obcego. I tak w 1991 roku na Amigę wyszła gra, która okazała się później jednym z największych hitów tej kultowej platformy – Alien Breed.
Jak nietrudno zgadnąć, fabuła w grze jest oklepana jak osioł na emeryturze. Gdzieś tam w kosmosie znajduje się stacja kosmiczna, która nagle przestaje nadawać sygnał dla wojska i nie wiadomo tak naprawdę co spowodowało przerwę w transmisji. Mogła to być zarówno burza magnetyczna, jak i jakiś sabotaż. By zbadać tę tajemniczą sprawę armia wysyła na stację swojego człowieka. Szybko się okazuje, że we wszystko są zamieszani są krwiożerczy obcy. Ta historyjka jest tak dobrze znana każdemu z nas, że nawet nie grając w Alien Breed można się domyślić jak owa gra się kończy. Ktokolwiek głosuje na autodestrukcję całej stacji?
Team 17 nie chciało za bardzo ryzykować z rozgrywką. Chcieli mieć kosmicznego zabijakę, który w czasie swojej podróży będzie zabijał kosmitów. Całą masę kosmitów! Stworzyli więc klasyczną strzelaninę z widokiem z góry, w której to błąkając się po labiryncie korytarzy musieliśmy znaleźć windę przenoszącą nas do następnego poziomy, ewentualnie wysadzając coś po drodze. Do posuwania się do przodu potrzebowaliśmy kluczy, dzięki którym odblokowywaliśmy przejścia do dalszych zakątków mapy, a wszystko to w towarzystwie chmary obcych. By wrogo nastawione stwory nie przeszkadzały nam zbytnio, od czasu do czasu można było natrafić na komputery, w których mogliśmy zakupywać różnego rodzaju wspomagacze, jak i dodatkową broń, której w grze była cała masa. Bardziej spostrzegawczy zauważą, że ta rozgrywka jest żywcem wyjęta z innego hitu, który królował na automatach w 1985 roku, a i zawitał swego czasu też na Amidze – Gauntlet. Jedyną różnicą był fakt, że działa się ona w świecie fantasy.
Jeżeli chodzi o techniczne aspekty Alien Breed, to natrafialiśmy tu na zacną oprawę audiowizualną. Wszelkie poziomy stacji kosmicznej wyglądały tak jak należy. Po podłodze walały się kable, na ścianach mrugały lampki i ekrany monitorów, a z dziur wypełzały kolejne zastępy obcych. Bardzo dużo do gry wnosiła muzyka, która dawała sporą dawkę klimatu do całej produkcji. Do dziś pamiętam, kiedy zmieniała się ona po uruchamianiu sekwencji odliczania do wybuchu, a obojętny, komputerowy głos informował o destrukcji, która miała za chwilę nastąpić. Ach ten dreszczyk emocji!
Niestety przez te wszystkie lata Alien Breed mocno się zestarzał. Grając w niego teraz zauważa się całą masę rzeczy, które po prostu zniechęcają do obcowania z grą. Jedną z nich jest chociażby inteligencja obcych łażących po pokładzie. Po paru minutach grania ma się wrażenie, że one tam po prostu sobie żyją, a strzelanie do nich nie jest wcale konieczne. Nawet bossowie nie wykazują jakiejś większej błyskotliwości, a zabijanie ich jest mało satysfakcjonujące. Drugim mankamentem gry jest monotonia, która wkrada się już pod koniec drugiego poziomu. Można ją oczywiście pokonać robiąc sobie od czasu do czasu przerwy, jednak w takim wypadku dopadnie nas ostatni problem tej gry - jej długość.
Może i Alien Breed nie przetrwał za dobrze próby czasu, jednak nie oznacza to, że jest grą złą. Team 17 doskonale poradziło sobie i z brakiem pieniędzy na licencję Obcego i z zaimplementowaniem swojego pomysłu w sprawdzoną i lubianą już rozgrywkę. Jeżeli miałbym komukolwiek polecić ten tytuł ze szczerego serca, to tylko zapalonym fanom Amigi. Resztę zaś odesłałbym do Alien Shooter, który jest następnym przykładem dobrej gry o obcych… bez Obcych.