Zanim jednak zacznę mówić o samej grze, należy poznać jej początki. Zaczęło się od automatu Wonder Boy, który wyszedł w 1986 roku za sprawą firmy Escape. Niedługo po tym Hudson Soft wykupił od nich prawa do wydania jej adaptacji na poczciwego NES-a. Zajęło im to niewiele, bo 5 miesięcy, jednak to, co otrzymali gracze nie do końca zgadzało się z tym, co można było zauważyć na automatach. Może i sama rozgrywka była taka sama, jednak wszelkie postacie zostały pozamieniane na nowe. Dlaczego? Są dwie teorie. Pierwsza z nich mówi o tym, że bohaterowie Wonder Boy mogli być trochę zbyt japońscy jak na zachodnie warunki, stąd niektórzy zyskali kilka dodatkowych kilogramów i baseballowe czapeczki. Druga zaś prawi o konflikcie interesów. Wonder Boy był wydawany przez konkurencyjną Segę. Aby nie dopuścić do sporów, postanowiono parę rzeczy usunąć, parę dodać, a całość wydać pod innym tytułem – Adventure Island. Czy któraś z tych teorii jest prawdziwa? Nie mam pojęcia, ale miło jest sobie pogdybać.
Bohaterem Adventure Island jest Master Higgins – przygruby tubylec w białej bejsbolówce i trawiastej spódniczce. I ciężko jest mi pisać o tym po raz enty, ale i jemu porywają ukochaną. Niewiele myśląc od razu wyrusza na akcję ratunkową, o czym świadczy brak jakiegokolwiek przygotowania. Bo jak tu nazwać bieganie boso po pełnej niebezpieczeństw wyspie bez jakiegokolwiek uzbrojenia?
Sama gra jest platformówką, jednak dość nietypową. Bardziej liczy się w niej zapamiętywanie układu poziomów i prędkość ich pokonywania niż precyzyjne i wyczekiwane skakanie. Wszystkie etapy można pokonać nie puszczając klawisza kierunku w prawo. Wystarczy tylko wiedzieć, kiedy należy skoczyć, a w którym momencie pojawia się przed nami jakiś przeciwnik. Żeby było ciekawiej, dodatkowo goni nas czas, który pomysłowo został ukryty w mierniku sytości. I tak, dobrze przeczytaliście! Nasz bohater może umrzeć z głodu, jeżeli podczas wędrówki nie będziemy go karmić owocami pojawiającymi się tu i ówdzie.
Jak na takiego grubaska, Master Higgins to całkiem żwawy koleżka. Szybko biega, wysoko skacze i jest całkiem dobrym skaterem. W końcu jeżdżenie na desce po trawie, piasku, czy nawet po chmurach wymaga nie lada zdolności. Do tego znakomicie radzi sobie z kamiennymi tomahawkami, a nawet i kulami ognia. Oczywiście te dodatkowe gadżety znajdujemy po drodze w wielkich jajkach. Zawsze warto je zbierać gdyż w większości przypadków mocno ułatwiają nam zadanie. Może nie licząc tylko nikczemnej deskorolki, która nie pozwala nam się zatrzymać, co często kończy się w jakimś dole. I tu nasuwa się pytanie. Skąd u tak wysportowanego gościa znalazły się te dodatkowe kilogramy? Przecież nie od jedzenia owoców. Jest jedna, dość mroczna teoria na ten temat. W czasie wędrówki można natknąć się na dodatkowe życia pod postacią małych niemowląt. Po ich zebraniu one same znikają w niewyjaśnionych okolicznościach, a Master Higgins dostaje dodatkową szansę. Czyżby ten sympatyczny bohater miał skłonności kanibalistyczne? Może i brzmi to przerażająco, ale nikt nie powiedział, że to nieprawda.
Ciekawą sytuację mamy też w wypadku głównego przeciwnika. W instrukcji wyraźnie stoi, iż porywaczem naszej ukochanej jest niejaki King Quiller. Jak on wygląda? Czy jest trudnym bossem? Tego nigdy się nie dowiadujemy! Okazuje się, że ta postać istnieje tylko i wyłącznie w wersji papierowej jako wielki znak zapytania. Niektórzy twierdzą, że był on częścią poziomu, na który nie starczyło już pieniędzy, a że instrukcje były już wydrukowane, sprawę pozostawiono w takim oto stanie. Z tego wychodzi, że prawdziwym, „głównym złym” jest Evil Witch Doctor, który pojawia się aż osiem razy aby pokrzyżować nam szyki. I w sumie nie ma co narzekać. Mogę zaakceptować fakt, że olbrzym, który przy każdym spotkaniu przywdziewa głowę innego zwierzęcia, mógłby być mrocznym porywaczem.
Adventure Island to dobra gra, mimo że nie wprowadza niczego nowego do gatunku. Działa na prostych i zrozumiałych zasadach i nie próbuje być na siłę oryginalna. Wygląda ślicznie, muzyczka w tle jest chwytliwa i wcale nie jest taka łatwa, na jaką wygląda. Mógłbym się przyczepić jedynie do sterowania. Umieszczenie sprintu tam gdzie znajduje się atak jest czasami zgubne. Fakt, w Super Mario Bros. działa to bez problemu, jednak w Adventure Island sprawia to trochę kłopotów. Mimo wszystko jest to idealny tytuł na poprawienie sobie humoru w odchodzące lato. No chyba, że bieganie grubaskiem po tropikalnej wyspie w jakiś sposób wprowadza kogoś w depresję.