Zmien skórke
Logo Polygamii

Publicystyka"Piłka jest moją przyjaciółką". O Tsubasie, futbolu i Polonii 1

W połowie lat 90. na boisku szkolnym każdy chciał być Tsubasą. Albo przynajmniej Kojiro. Krótko po zmianie ustroju miejsce wśród …

Facebook Twitter Google Wykop

W połowie lat 90. na boisku szkolnym każdy chciał być Tsubasą. Albo przynajmniej Kojiro.

Krótko po zmianie ustroju miejsce wśród ogólnopolskich stacji telewizyjnych, obok TVP i Polsatu (do startu TVN było jeszcze kilka lat), miała Polonia 1. Poza emitowaniem telenowel i seriali, stawiała na anime – we włoskiej wersji z polskim lektorem, bo i rodowód stacji był włoski. Cóż jednak z tego – trudno było o lepszą konkurencję dla tego, co emitowała telewizja publiczna.

Zapytajcie dowolnego 25- lub 30-latka o ulubioną bajkę z Polonii 1. Odpowiedzi będą różne – od Generała Daimosa, przez Gigiego, Tygrysią Maskę, Yattamana, po Zorro. Ale jedna odpowiedź będzie się powtarzała szczególnie często. To Kapitan Jastrząb, zwany też po prostu Tsubasą. Anime o piłce nożnej, o którym rozmawiano na przerwach, przyszkolnych klepiskach i trzepaku.

Bohaterem był Tsubasa Ozora, najlepszy zawodnik drużyny Nankatsu. Grzeczny, ułożony, ale na boisku zazwyczaj najlepszy. Niemal, bo sporo krwi psuli mu najlepsi z drużyn przeciwnych – cierpiący na chorobę serca Misugi, bracia Tachibana wywijający na boisku cyrkowe harce, no i rzecz jasna Kojiro, mocno opalony zawadiaka z podwiniętymi rękawkami i tygrysim strzałem, wspierany przez Takashiego i bramkarza Wakashimazu najpierw w Meiwie, a później w Toho.

Sam się sobie dziwię, ale piszę to wszystko z pamięci, bez pomocy Wikipedii. Anime zapadło głęboko nie tylko w mojej pamięci. Przyczyn było sporo – od emocji towarzyszących meczom, które trwały nieraz i po kilka odcinków, przez niesamowite kombinacje i uderzenia zawodników, po takie wydarzenia, jak Mistrzostwa Świata, na których dotychczasowi rywale stawali ramię w ramię, by przetrzepać skórę Schneiderowi z Niemiec czy Juanowi Diazowi z Argentyny.

Oczywiście poza spędzaniem czasu na podwórku i przed telewizorem, sporo czasu dzieciakom z tamtych czasów pochłaniało granie. Na przykład na Pegasusie. Wyobraźcie sobie mój szalony entuzjazm, gdy podczas coniedzielnej wyprawy na targowisko, gdzie na straganie z kartridżami na Pegasusa próbowałem znaleźć grę na wymianę, zauważyłem grę z napisem “Boy Soccer Team 2” i Tsubasą na naklejce. Wariactwo!

W domu entuzjazm musiał nieco opaść, bo okazał się, że gra to nieco wyższe progi, niż Goal! czy inna pegasusowa kopanka. Przede wszystkim jeśli chodzi o barierę językową – była w całości po japońsku. Pal licho, gdyby była zręcznościówką. Ale nie była. Była… RPG-iem, w którym wydarzenia na boisku odbywały się w czasie rzeczywistym z lekką domieszką turowego.

Kierowaliśmy raptem kropką na schemacie i co rusz przychodziło wybierać decyzję. Przeciwnik atakuje wślizgiem – podawać, kiwać czy strzelać? Jesteśmy w polu karnym – oddać zwykły strzał czy specjalny? Analogicznie w obronie – atakować wślizgiem czy przepychać? Wszystkie komendy były oczywiście po japońsku, ale dla chcącego nic trudnego. Po pewnym czasie rozróżniałem już japońskie znaki na tyle, by wiedzieć, jakich poleceń używać. Oczywiście niewiele mi to mówiło o otoczce fabularnej (całkiem zresztą złożonej, można było na przykład zwiedzać miasta w trakcie Mistrzostw Świata), ale przecież i z angielskiego niewiele wówczas rozumiałem.

Najbardziej przykrą niespodzianką był system kodów do gry. Po każdym meczu wyświetlał się kod, który po wpisaniu kolejnego dnia służył jako “save”. Problem w tym, że tworzyło go kilkadziesiąt znaków z hiragany i katakany, a kto zna japoński, ten wie, jak niektóre znaki są do siebie podobne. Dodając do tego skromną pegasusową rozdzielczość łatwo się było rozczarować, gdy spisany na kartce kod okazywał się błędny.

Po latach, już na emulatorze, dopadłem pierwszą część gry (która oczywiście nazywała się inaczej niż „Boy Soccer Team”, ale taki już urok przypadkowych naklejek na kartridżach). Polegała dokładnie na tym samym, była tylko nieco uboższa w opcje. Co ciekawe, ta gra jako jedna z niewielu z Tsubasą w roli głównej pojawiła się w Europie. Przyjęto jednak, że na Starym Kontynencie nikt japońskiego herosa nie zna i zamieniono go na niejakiego Robina Fielda, gwiazdę drużyny Gems. Sama gra nosiła tytuł Tecmo Cup Soccer Game.

Kolejne cztery części przygód Tsubasy pojawiły się na SNES-ie. Pierwsze dwie przypominały rozgrywką poprzednie, tyle że posiadały znacznie ładniejszą oprawę. Trzecia z nich (czyli piąta odsłona serii) odpuszczała formułę RPG, idąc w stronę typowej zręcznościówki. Plac gry obserwowaliśmy tak jak w większości gier piłkarskich, poruszaliśmy się po nim w ten sam sposób. O korzeniach cyklu przypominało kilka erpegowych elementów i superstrzały, w trakcie których obserwowaliśmy animacje na osobnym ekranie.

Największym dziwolągiem była kolejna odsłona – Captain Tsubasa J: The Way to World Youth. Perspektywa była niespotykana, na dodatek zmieniała się wraz z każdym przejęciem piłki, by drużyna atakująca zawsze atakowała “na dół”.

Po drodze kolejne odsłony pojawiły się na Game Boyu i Saturnie, ale moje spotkanie z Tsubasą nastąpiło na PSX-ie za sprawą Captain Tsubasa J: Get In The Tomorrow (1995). Z pozoru gra przypominała ISS Deluxe (druga część serii, którą wkrótce zachwycił się świat), ale mocno stawiała na superstrzały, co możecie zobaczyć poniżej:

Po tej odsłonie Tsubasa wypadł z orbity moich zainteresowań. Nie było go już na Polonii 1, a z gier piłkarskich wybierało się raczej ISS-a i Actua Soccer, ewentualnie Fifę. Kapitan Jastrząb pojawił się jeszcze na GBA, GameCubie, Nintendo DS, a nawet na PC, ale przy skromnym dostępie do japońskich perełek jakoś nie było okazji, by wrócić do tej serii. Szkoda, bo zwłaszcza ta na DS-a wygląda świetnie i stanowi ładny powrót do korzeni:

Tsubasa mógł zniknąć z orbity zainteresowań fanów w Polsce, ale nie zniknął zupełnie. Wciąż żyje na kartach komiksu i ma się dobrze. Pewnie niewielu z tych, którzy zrywali się w weekendy wcześnie rano, by obejrzeć pasmo anime na Polonii 1, zdaje sobie sprawę, że zaczęło się od mangi – i to już w 1981 roku. Później zaadaptowano ją na potrzeby telewizji, niemniej komiksy wciąż się ukazywały. I po krótkiej przerwie znów pojawią się w japońskich sklepach. “Captain Tsubasa: Rising Sun” zacznie pojawiać się w jednym z japońskich magazynów z komiksami w przyszłym roku i przedstawi zmagania Tsubasy, który wraz z reprezentacją Japonii występuje na igrzyskach olimpijskich.

Historia japońskiego wirtuoza nie zakończyła się wraz z końcem emisji na Polonii 1. Po zdobyciu wszystkiego co możliwe z Nankatsu i reprezentacją, wyjechał do Brazylii. Później grał w Barcelonie (a właściwie drużynie o nazwie Catalunya), podczas gdy Kojiro trafił do Juventusu (Piemonte). W międzyczasie ożenił się z Sanae (tak, to ta cheerleaderka). Z dzieciaka wyrósł solidny piłkarz, który jednak dopiero miał udowodnić swoją wielkość w prawdziwym futbolu.

Tsubasę oglądaliśmy nie tylko w Polsce. Do śledzenia jego losów w anime przyznawali się m.in. Leo Messi, Fernando Torres, Alessandro del Piero i Hidetoshi Nakata. Ten ostatni powiedział nawet, że czytał mangę, a później niektóre strzały próbował powtarzać na boisku. Wkład twórcy Tsubasy, mangaki Yoichiego Takahashiego, w rozwój futbolu w Japonii trudno przeceniać. Kolejne części przygód japońskiego piłkarza ukazywały się w Weekly Shonen Jump, magazynie komiksowym, którego nakład wynosił kilka milionów egzemplarzy. W kraju, który dotąd interesował się głównie baseballem, futbolowa mania przyniosła wielu piłkarzy docenianych za granicą. Co ciekawe, często grających jak… Tsubasa – zazwyczaj typowych “dziesiątek”, ofensywnych i efektownych pomocników. Jak Nakata, Keisuke Honda czy Shinji Kagawa.

Japończycy doczekali się nawet Mundialu organizowanego wespół z Koreą Południową (tego, o którym w Polsce wolimy nie pamiętać), a sam Takahashi został zaproszony do wspierania kandydatury Tokio na gospodarza igrzysk olimpijskich w 2016 roku. Stolicę Japonii pokonało jednak Rio de Janeiro.

Sam Tsubasa doczekał się natomiast pomnika w Tokio:

Całkiem sporo osiągnięć jak na animowaną postać. Ale w końcu nie każda animowana postać może być bohaterem dzieciństwa.

Marcin Kosman

PS Wprawdzie na świąteczny prezent już trochę za późno, ale w razie urodzin lub innego święta… Sprawdźcie to koniecznie (za: wyszło.com)

Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
  Subskrybuj  
Powiadom o