Zdarzyło się to pięć lat po wojnie z Nilfgaardem. Niepokoje w Temerii przerażały prostaczków, a władykom przysparzały frasunku. Niewielu jednak zdaje sobie sprawę z tego, gdzie miał początek łańcuch zdarzeń, które w rezultacie doprowadziły do upadku Wielkiego Mistrza Zakonu Płonącej Róży.
Przez lata, jakie upłynęły od zakończenia wojny, wszyscy byli przekonani, że Geralt z Rivii poległ w starciu z motłochem. Jednak po tym czasie grupa zamieszkujących Kaer Morhen wiedźminów wraz z goszczącą u nich czarodziejką Triss Merigold znalazła na wpół żywego Białego Wilka w dolinie pod zamkiem. Stopniowo Geralt doszedł do siebie, jednak jego wyzdrowienie było złudne. Wiedźmin stracił pamięć, a co za tym idzie – wiele umiejętności, wynikających z nabytej wiedzy i doświadczeń. Nikt też nie wiedział, co się z nim przez te pięć lat działo.
Niedługo dane mu było cieszyć się spokojem i towarzystwem uroczej Triss. Sielankową atmosferę przerwała brutalna napaść. Gromada zbirów, wspierana przez magów i zawodowego zabójcę, zwanego Magistrem, zaatakowała Kaer Morhen. Wszyscy powiedzą, że był to napad z gruntu samobójczy. Jednak jego celem nie było wymordowanie wiedźminów, tylko kradzież nagromadzonej przez wieki wiedzy oraz sekretów związanych z mutacjami. I ten cel złoczyńcom udało się osiągnąć. Co więcej, w starciu poległ młody wiedźmiński czeladnik Leo, a Triss została ranna.
Wiedźmini są ponoć wypranymi z uczuć, bezdusznymi maszynami do zabijania. Jednak ich reakcja na zdarzenie była jak najbardziej emocjonalna. Oczywiście chcieli odzyskać skarby swojej wiedzy, ale też pragnęli zemsty – za to, że ktoś poważył się na atak, ale przede wszystkim za śmierć jednego z nich. Jak to bywa w opowieściach, wiedźmini rozeszli się na cztery strony świata, szukać sprawiedliwości i wendetty.
Co się zdarzyło na wyzimskim podgrodziu
Geralt z Rivii dotarł spokojnie pod mury temerskiej stolicy. Tu jednak nieoczekiwanie utknął. W okolicy szalała zaraza, miasto objęto kwarantanną i tylko osoby posługujące się stosownymi glejtami miały wstęp za mury. Chcąc nie chcąc, wiedźmin został zmuszony do postoju na podgrodziu. Wierzył, jak zresztą pokazała przyszłość – słusznie, że oddanie paru przysług okolicznej ludności pozwoli mu pozyskać stosowne dokumenty.