Kiedy w 2001 roku na półki sklepowe trafiła pierwsza gra z serii Operation Flashpoint, wiele osób było zachwyconych. Dostały bowiem naprawdę realistyczny symulator pola bitwy – wymagający i wciągający. Sukces ten oczywiście oznaczał, że powstaną kolejne odsłony, co faktycznie nastąpiło. W międzyczasie deweloper (Bohemia Interactive) i wydawca (Codemasters) troszkę się pokłócili i ci pierwsi zostali z silnikiem, a ci drudzy z marką. Skutkiem tej sytuacji było pojawienie się dwóch części symulatora pola walki: gry ArmA czeskich autorów oraz Operation Flashpoint: Dragon Rising, będącego krokiem Codemasters w kierunku szerszej publiczności lubiącej celownik pośrodku ekranu. Pomimo dość chłodnego przyjęcia ze strony graczy jakiś czas temu dowiedzieliśmy się, że trwają prace nad kontynuacją cyklu. Niedawno w moje ręce trafiła wczesna wersja Red River i mogłem sprawdzić, co tym razem szykują twórcy.
Konflikt wygląda znajomo
Gra przenosi nas do Tadżykistanu. Tak jest, nie do wyimaginowanego państwa, ale w istniejące rzeczywiście miejsce. Konflikt, w jakim uczestniczymy, bardzo przypomina zmagania wojsk amerykańskich w ostatnich czasach, choćby w Afganistanie. Mamy więc „dobrego” Wuja Sama, który chciałby wprowadzić demokrację w kolejnym państwie, mamy też partyzantów, którym nie do końca podoba się ta sytuacja. W późniejszej części gry dochodzą jeszcze inne strony, ale by nikomu nie zepsuć dość fajnej fabuły, nie powiem już na ten temat nic więcej. W każdym razie umiejscowienie akcji w takich realiach pozwala na odbycie kilku zróżnicowanych misji – między innymi ochronę miejscowej ludności w celu pokazania jej, że jesteśmy przyjaciółmi.
Jedynym problemem wspomnianego Tadżykistanu jest grafika. O ile tekstury czy też zdarzające się zacięcia można zrzucić na karb wczesnej wersji gry, to już to, że większość terenów wygląda jak pustynia z losowo postawionymi (i podobnie ubogimi) drzewkami i domkami, drażni. Choć w ferworze dynamicznej walki nie przeszkadza to ani trochę, bo i tak nie podziwia się wtedy widoczków, to już w momentach przejazdów konwojami, których jest dość dużo, wrażenie, że jedziemy jakby po powierzchni Księżyca, zaczyna nieco irytować. Na szczęście to najważniejsze, czyli animacje postaci, nie szwankuje, przeciwnie – wyglądają one nawet dość realistycznie.
Kooperacja głupcze
Red River pomyślane jest dla czterech osób działających wspólnie w drużynie. Nie było mi dane poprowadzić takiej akurat rozgrywki, ale wszystko wskazuje, że to właśnie współdziałanie jest głównym założeniem twórców. Każda misja w kampanii, a także zadania dodatkowe rozpisane są na cztery osoby, a gra duży nacisk kładzie na zabawę zespołową, zmuszając nas i zachęcając do takich akcji jak krycie ogniem zaporowym czy też atakowanie przygwożdżonego przeciwnika z flanki. Elementy, takie jak możliwość bandażowania ran swoich druhów, również podkreślają konieczność działania w grupie.