Możecie uznać mnie za wariata, ale uwielbiałem wracać do szkoły po weekendowej przerwie. Po dwóch dniach ciężkich zmagań z pegasusowymi grami w końcu mogłem podzielić się z kolegami swoimi osiągnięciami. Jedne z nich były prawdziwe, drugie wielce niewiarygodne, lecz nikogo to nie obchodziło. Ważne, że dobrze się opowiadało, a i inni mieli w rewanżu swoje nieprawdopodobne historie.
Można stwierdzić, że owo tworzenie bajek skończyło się definitywnie wraz z achivmentami i trofeami, które pieczołowicie śledzą nasze postępy w grach. Nagradzają nas cichymi piknięciami, kolorowymi rysuneczkami, a w przypadku Xboksa nawet punktami, mówiącymi o ważności naszego dokonania. A dostajemy je za wszystko – za włączenie i wyłączenie gry, za strzelenie, jechanie tyłem, a nawet za stanie i nicnierobienie. Jednak, jakkolwiek nie byłyby absurdalne, potrafią sprawić sporo radości, zwłaszcza gdy poświęci się im niemało czasu. Dodatkowo dobrze mieć poczucie, że jesteśmy w stanie udowodnić nasze dokonania w grach.
Mogłoby się wydawać, że owe nagrody są tworem ostatniej generacji konsol, jednak nic bardziej mylnego. Pomysł z nagradzaniem graczy narodził się o wiele wcześniej i ma już ponad 30 lat! Wszystko zaczęło się na początku lat 80., kiedy to Activision wzmacniało swoją pozycję w tworzeniu gier na Atari 2600. Były to czasy, kiedy robiło ono niesamowicie proste i wciągające tytuły, a co ważniejsze – kochało swoich graczy. W dowód wdzięczności postanowiło zorganizować akcję, która po dziś dzień budzi podziw.
Grając w Chopper Command można było dostać naszywkę za 10 tysięcy punktówDeweloperzy z tego studia wymyślili bowiem kolekcje najróżniejszych naszywek, które można było zdobyć, grając w ich produkcje. Każda z nich miała przypisane właściwe sobie wyzwania, a nie były to rzeczy proste. W większości gier należało zdobyć odpowiednią ilość punktów, lecz istniały też takie zadania jak przejechanie trasy w odpowiednim czasie czy po prostu wygranie z komputerem partyjki w tenisa. Jednak ich zrealizowanie stanowiło zaledwie połowę sukcesu. Następnym krokiem było oczywiście poinformowanie Activision o naszych trumfach poprzez zrobienie zdjęcia danego wyniku i przesłanie go bezpośrednio do firmy. Okazywało się to dość problematyczne, gdyż wykonanie wyraźnej fotki ekranu telewizora za pomocą domowego aparatu na kliszę to nie lada wyczyn. Aż strach pomyśleć, co czuł nieszczęśnik, który u fotografa dostawał same zamazane odbitki.
Jednak warto było się namęczyć! W zamian za przysłany list szczęśliwcy otrzymywali swoje drogocenne odznaki wraz z gratulacjami i podziękowaniami od Activision. Tak zdobytą naszywkę z dumą nosiło się na piersi, a była ona bezwzględnym dowodem na dokonanie czegoś wielkiego w świecie wirtualnej rozrywki. Warto też wspomnieć, że każda z nich miała swój unikalny wygląd w zależności od tytułu, co tylko zachęcało do kupowania kolejnych gier i mierzenia się z nowymi wyzwaniami.
Niestety w dobie Internetu, zaawansowanych programów graficznych i niezliczonej ilości cwaniaków podobna akcja nie miałaby racji bytu. A wielka szkoda! W porównaniu z tymi wspaniałymi odznakami nasze wirtualne rysuneczki i punkciki wypadają strasznie mizernie, nie wspominając już o fakcie, że mogą zniknąć bezpowrotnie wraz z błędem jakiegoś serwera czy czyjąś pomyłką. Dobrze jednak mieć świadomość, że twórcy szanowali kiedyś swoich graczy i bardzo ładnie dawali temu wyraz. Z drugiej strony przypomina to fakt, że teraz zamiast nagród coraz częściej dostajemy średnio dopracowane gry, których zawartość zostaje dodatkowo pocięta na zbyt drogie DLC.