Wiceprezydent Joe Biden uważa, że w żadnym wypadku nie powinniśmy bać się tego badania. Jakiekolwiek nie okażą się jego wyniki.
Dajmy faktom prowadzić tam, gdzie prowadzą. Pozwólmy na te badania. Wraz z prezydentem wierzymy w ich słuszność.
Biden i Obama korzystają z każdej możliwości, by zapewniać, że gry elektroniczne nie są przedmiotem ataku oraz jedynym aspektem współczesnej, który zostanie poddany badaniu.
Nie ma żadnych danych, które wskazywałyby jednoznacznie na to, że osoby grające w gry z elementami przemocy w rzeczywistości również wykazują zachowania antyspołeczne, w ekstremalnych przypadkach posługując się też bronią palną.
Biden powołał się jednak na badania, które łączą długie oddziaływanie obrazów pełnych przemocy na chęć agresywnego zachowania. Jak sam podkreślił, nie wskazują one jednak na to, by osoba wystawiona na działanie tych obrazów w rzeczywistości miała używać przemocy.
Dajmy wykonać te badania ekspertom z Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorobom (CDC). Niech opiszą patologię, która kryć się może za tymi zjawiskami. Jeśli rzecz jasna owa patologia w ogóle istnieje.
Ciężko się z nim nie zgodzić – jak pisałam już zresztą wcześniej, oficjalne badania tego tematu z pewnością otworzą oczy wielu ludziom, którzy jak na razie poruszają się na tym obszarze po omacku. Być może związek pomiędzy agresywnym zachowaniem prowadzącym do przemocy i graniem w gry elektroniczne nie zostanie znaleziony. W tym wypadku raz na zawsze skończą się argumenty, które winę zrzucają na wytwór kultury. Z drugiej strony okazać się może jednak, że niezwykle skomplikowane aspekty środowiska społeczno-kulturowego osób, które decydują się na popełnienie zbrodni z udziałem broni palnej i ich wychowanie, nie są tak ważne jak to, że spędzają długie godziny przez telewizorem/monitorem. A wtedy być może zmieni się w jakiś sposób kształt rynku i oferowane nam produkty. W tej chwili należy jednak czekać na oficjalne wyniki badań.