Kontakt z flagowym dla firmy dziełem – Europa Universalis – był przez pierwsze godziny drogą przez mękę, a przez następne kilkadziesiąt wspaniałą przygodą nieskalaną decyzjami producenckimi mającymi na celu dostosowanie tytułu do gustów jak najszerszej publiczności. Siadając do bety Naval War Arctic Circle, tworzonej przez norweskie studio Turbo Tape Games pod patronatem Paradoksu, uzbroiłem się więc w cierpliwość, spodziewając się powtórki znanego schematu.
Do czynienia mamy w zasadzie ze strategią czasu rzeczywistego, w której wcielamy się w głównodowodzącego siłami morskimi na akwenach Morza Bałtyckiego, północnego Atlantyku oraz Oceanu Arktycznego. Mamy rok 2030, stopione lody w okolicach bieguna północnego odkryły nowe złoża minerałów, co oczywiście zwróciło uwagę wszystkich światowych potęg na ten rejon i w konsekwencji doprowadziło do konfliktu zbrojnego. My będziemy się temu przyglądać z fotela szefa, opowiadając się po stronie NATO lub Rosji.
Naval War Arctic Circle bierze sobie realizm za punkt honoru. Widać to we wszystkich elementach rozgrywki: fabularnej podstawie, doborze jednostek i uzbrojenia czy choćby słownictwie używanym w briefingach przed poszczególnymi misjami. Twórcy chwalą się tym, że większość maszyn dostępnych w grze, zarówno morskich, jak i powietrznych, to obecni lub przyszli przedstawiciele różnych armii z całego świata. Podobnie ma się rzecz z arsenałem i choć specjalistą od prowadzenia nowoczesnej wojny jestem jedynie wirtualnie, to wrażenie dbania przez programistów o najmniejsze detale jest wszechogarniające.
Pierwsze, co rzuca się w oczy po włączeniu misji, to mapa, przypominająca raczej mostek okrętu wojennego, zawierająca kontury państw, rys głębokości wód i oznaczone konturami oddziały, którymi będziemy dowodzić. Przyzwyczajonych do graficznego wyścigu, także wśród strategii, spotka tu niespodzianka i nawet prezentacja 3D, która ma stanowić drugi „główny” ekran gry, potwierdza, że nie jest to tytuł, który kupuje się dla oglądania obrazków. Czego jednak brakuje, jeśli chodzi o jakość, rekompensuje funkcjonalność – mimo sporego natłoku informacji (pogodowych, pochodzących ze zwiadu, o stanie jednostek itd.) wszystko zaprezentowane zostało w przejrzysty sposób.
Funkcjonalność widoczna jest także w rozgrywce. Kontrolowanie dużej floty wymaga podejmowania sporej ilości decyzji w krótkim czasie, więc możliwość ustawienia pewnych zautomatyzowanych schematów poruszania się i walki dla naszych oddziałów jest strzałem w dziesiątkę i pozwala skupić się na ogólnym przeglądzie pola bitwy, a nie na zarządzaniu poszczególnymi statkami – w końcu jesteśmy admirałem i od kręcenia sterem mamy swoich oficerów.
Misje, jakie przychodzi nam wykonywać w trakcie kampanii, są w zasadzie standardowe dla gier strategicznych czasu rzeczywistego: atak lub obrona danych punktów, eskortowanie VIP-a, wyeliminowanie konkretnego przeciwnika, kontrola nad wybranym obszarem gry. Choć twórcy nie wykraczają poza kanon, to rozpiętość jest na tyle duża, żeby nie pozwolić na nudę. W dziennikach deweloperskich autorzy z Turbo Tape Games chwalili się tym, że ich produkcja jest jedną z tych, które w zasadzie nie mają określonej liczby godzin na ukończenie, bo wariantów rozegrania konkretnego starcia może być nieskończona ilość. Nie wiem, jak czułbym się po 50 godzinach spędzonych przy komputerze, ale mam podejrzenie, że dwaj dobrani zapaleńcy potrafiliby trybowi multiplayer poświęcić sporo czasu.
Prowadzenie wojny w Naval War Arctic Circle ma w sobie coś jeszcze, co bardzo mi się spodobało – odczuwalny wymiar strategiczny. Producenci często zapewniają, że na to, co dzieje się na polu bitwy, będzie miało wpływ wiele czynników, ale bywa, że są to obietnice bez pokrycia. Norwescy deweloperzy dawali słowo, że zaprezentują wojnę opartą na wykrywaniu celów, poprawnej identyfikacji, manewrach mających ustawić naszą armię w lepszej pozycji, a nie na zebraniu większej liczby jednostek i kliknięciu „atakuj”. Główkując nad mapą północnej Europy, odniosłem wrażenie, że im się powiodło.
Gra, którą prezentuje Turbo Tape Games, będzie strategią w dużej mierze przeznaczoną dla miłośników symulacji, dla których liczą się statystyki, planowanie, a elementy wykonania schodzą na drugi plan. Kontakt z Naval War miał w sobie posmak grania w hity sprzed 20 lat, czego nie maskuje obecność grafiki 3D czy postęp w projektowaniu, jaki dokonał się w tym czasie. Szykuje się gratka dla oldschoolowych dowódców.