Nigdy nie lubiłem gier wieloosobowych.
Gdy znajomi zagrywali się w Starcrafta, u mnie tytuł ten powędrował na półkę po skończeniu kampanii. Przy Counter Strike’u spędziłem tylko jeden wieczór. W okresie wzrostu popularności gier przeglądarkowych zastanawiałem się zawsze, po co tracić czas na taką rozrywkę (zgoła odmienne zdanie na ten temat miała dziewczyna uzależnionego znajomego – cieszyła się, że jej chłopak, zamiast szlajać się wieczorami po knajpach, idzie grzecznie spać ok. 23, bo z samego rana musi „wysłać flotę”). MMO? Też zabawa zdecydowanie nie dla mnie.
Dlaczego więc Battlefield 3? Trochę z powodu samej gry, która zapowiadała się ciekawie – nie tak boleśnie realistycznie, jak choćby ArmA, ale też nie wyjątkowo zręcznościowo, jak np. Modern Warfare. Główny powód był jednak inny. To miał być swoisty strzał ostatniej szansy: jeśli Battlefield nie przekona mnie do multi, to już chyba żadnemu tytułowi się to nie uda.
Już na samym początku pojawiły się problemy. Serwery nie wytrzymały popularności gry, więc w dniu premiery sobie nie pograłem. W dniu drugim, po przekopaniu się przez nic niemówiące mi ekrany (Origin? Battlelog? Co to jest?!), udało mi się włączyć grę i... w sumie nic. Wszyscy dookoła gdzieś biegną, przed nosem przejeżdża mi czołg, słychać strzały. Pewnie na wojnie jest podobnie. Dobra, koniec podziwiania przyrody, trzeba się ruszyć. Szybki sprint w stronę zabudowań, nagle słyszę serię z karabinu, tracę równowagę, ekran robi się zamglony i tyle.
Kolejne godziny wyglądały tak samo. Respawn, chaotyczne bieganie po planszy i po chwili dziura w głowie. Stwierdziłem, że może lepiej spróbować np. polatać, lecz po tym, gdy przy starcie samolotu, zamiast podnieść dziób do góry, skierowałem go w dół, uznałem, że z tej mąki chleba nie będzie. W przypadku sterowania helikopterem przeszło mi jeszcze szybciej.
new WP.player({ width:600, height:338, autostart:false, url: 'http://get-2.wpapi.wp.pl/a,61764431,f,thumb/7/5/a/75a93b334c244f2a0108cefea5a2c415/fecf4bbe7a15e3253140f65c03820e85/Battlefield_3_Today_The_Experience_Back_To_Karkand_Jet_Stunts_Benzla_SaveYouTube_com_.mov', });Myśliwce w Battlefieldzie 3. Film w wyższej rozdzielczości znajdziecie pod tym adresemAle wreszcie udało się! Zauważyłem przeciwnika, posłałem długą serię z M4 (po co bawić się w półśrodki, lepiej wypruć we wroga od razu cały magazynek) i na ekranie pojawiło się „enemy killed 100”, triumfalnie obwieszczając moje zwycięstwo. „A jednak się da!” pomyślałem chwilę przed tym, jak sam zebrałem śmiertelną serię od kompana mojej ofiary.
Potem przyszły kolejne lekcje, a wraz z nimi wyciągnięta nauka: frontalna walka piechura z czołgiem nie jest dobrym pomysłem, nawet jak się ma RPG; beztroskie bieganie po otwartym terenie to jak krzyczenie do snajperów: „Tutaj, tutaj jestem! Ciekawe, czy stąd mnie trafisz!?”; prócz karabinu żołnierz nosi też pistolet i kilka innych gadżetów, z których naprawdę warto korzystać. I wreszcie najważniejsze odkrycie – trzeba działać w grupie. Taktyka „na Rambo” może i sprawdza się wśród doświadczonych graczy ze zwierzęcym refleksem, ale nawet taki heros nie ma większych szans z rozgarniętym 4-osobowym zespołem.
Wprawdzie po kilkudziesięciu godzinach zabawy nie jestem żadnym wymiataczem i z pewnością już nim nie będę, jednak poznałem Battlefielda na tyle, żeby czerpać z niego radość. I to wcale nie taką masochistyczną, polegającą na ciągłym zbieraniu ołowiu nieprzyjaciela.
Ale jak to możliwe, że zatwardziały multiplayerowy antagonista nagle wsiąkł w typowo sieciowy tytuł? Powodów jest kilka. Między innymi dlatego, że w Battlefielda 3 da się grać bez małpiego refleksu. Oczywiście ci sprawniejsi mają przewagę, lecz myślenie jest tutaj co najmniej tak samo ważne. Wprawdzie nie ma sensu kreować sieciowego shootera na wielkie wyzwanie intelektualne, ale fakt, że przynajmniej część szarych komórek nie ma podczas zabawy wolnego, jest całkiem przyjemnym doznaniem.
Podoba mi się też uczciwe podejście do graczy i ciągłe ulepszanie tej produkcji. W dniu premiery błędów było sporo: średnio działające respawny, latarka o mocy stadionowego reflektora czy celownik IRNV, który dawał zdecydowanie zbyt dużą przewagę na polu bitwy. Wielu twórców zapisałoby sobie podobne uwagi i obiecało, że w kolejnej części może będzie lepiej. Ale nie DICE, które szybciutko wypuściło patch poprawiający większość niedoróbek. Szwedzi wciąż czuwają nad swoim najnowszym dziełem i jeszcze przez długi czas to się nie zmieni.
Pochwalić należy też bezkompromisową walkę z oszustami. Sam zgłosiłem dwóch ewidentnie cheatujących graczy administracji (tak na poprawę humoru po przegranym meczu – od razu robi się jakoś lżej na sercu). Efekt? Po kilku dniach znikli oni z bazy.
Czy więc Battlefield 3 to gra idealna? Na pewno nie. Model zniszczeń – mimo że zrobiony dobrze – nie jest żadną rewolucją. Słabo wygląda też wydawanie drogiego DLC (właściwie niezbędnego, bo dodatkowe mapy są lepsze od podstawowych) chwilę po premierze. Nie do końca jasne jest również, po co do gry wciśnięto na siłę niedopracowaną kampanię dla jednego użytkownika. Jednak te i inne problemy szybko schodzą na plan dalszy, gdy chowając się w gruzach budynku, zastanawiasz się, jak zniszczyć czołg nieprzyjaciela, czy zacięcie bronisz przydrożnej stacji benzynowej, odpierając z kompanami wściekłe ataki przeciwnika.
Czy po Battlefieldzie 3 przyjdą kolejne przygody przeżyte wraz z graczami po drugiej stronie kabla? W tej chwili ciężko mi na to pytanie odpowiedzieć. Dzieło DICE pozostanie jednak pierwszą grą, która wciągnęła mnie w świat multiplayera. A pierwszych miłości się nie zapomina.