(Macie własne zdanie na temat trybów wieloosobowych i jednoosobowych? Specjalnie dla Was przygotowaliśmy pojedynek w tym temacie)
Jest takie przekonanie, że gry jednoosobowe są esencją naszej branży. To wśród nich zdarzały się najważniejsze kamienie milowe, popychające naszą gałąź rozrywki na szczyty wskaźników giełdowych. To one zajmowały w większości poświęcone grom media, w których tytuły czysto multiplayerowe były traktowane ze specjalną troską. To tryb zabawy wieloosobowej wciąż ma status dodatku do dania głównego. To się jednak zmieniło.
Co z tego, że w przypadku takiego Modern Warfare, daniem głównym jest niewielki, choć pyszny jak sto diabłów pulpet, a obżeramy się tak naprawdę dodanym do niego wiadrem frytek? Gdyby nie legendarnie smaczny pulpecik, ludzie w ogóle by do tej restauracji nie zajrzeli, prawda? Modern Warfare po przebiciu się do pierwszej ligi wywołał jednak istny szał na frytki, czego dowodem są oszałamiające liczby gier z serii Call of Duty. W osiem tygodni od premiery, Black Ops miała na koncie łącznie 600 milionów godzin przegranych w sieci. Wiecie, że 600 milionów godzin temu człowiek uczył się mocowania kamiennych ostrzy na dzidach? Hit ze stajni Activision zajął niewyobrażalną ilość czasu 20 milionom graczy, którzy w okresie wspomnianych ośmiu tygodni zasiedli przed swoimi konsolami. Gdyby nie te dranie z Santa Monica, czas ten byłby pewnie spożytkowany bardziej produktywnie, a ludzkość lądowałaby właśnie na Marsie czy coś w tym stylu. Poważnie!
Takie oszałamiające sukcesy nie przechodzą w branży bez echa. I rzeczywiście, pod rozpędzony taran podpinają się liczni naśladowcy. Uzależniający niczym narkotyk format multiplayera z Modern Warfare pojawia się w kolejnych grach i to nie tylko drobnych popierdółkach liczących na okruchy z pańskiego stołu. Red Dead Redemption, zdobywca wielu prestiżowych nagród, w tym również tych najważniejszych, jak Gra Roku 2010 na tegorocznym Game Developers Conference, odniósł sukces również w kontekście gry wieloosobowej, przykuwając do ekranów miliony kowbojów, chorobliwie śrubujących swoje statystyki. Przepis na to „przykucie” był bezczelnie skopiowany od Infinity Ward, ale nie ma potrzeby do nadmiernej ekscytacji. Jeżeli najlepsi pożyczają od najlepszych i po drodze dorzucają jeszcze swoje trzy grosze, to my, gracze, tylko na tym zyskujemy.
Istotne jest to, że rynek się zmienia. Weźmy na talerz taki Homefront, który mocno chwalony jest za swoją fabułę – co prawda głównie za oceanem. Dzieło Kaos Studios zostało docenione za swojego singla, nawet pomimo tego, że pękał w raptem w pięć godzin. Ludziom pojedynczy pulpet nie wydał się jednak zbyt skromny, by usprawiedliwić wydane nań 60 zielonych. Dostali bowiem jeszcze wiadro frytek, zupełnie takie samo jak ci, którzy skoczyli na obiad do Activision. A przecież Homefront nie jest w takiej polityce żywienia odosobniony.
Pomimo tego, że to singiel jest wciąż główną formą trwonienia czasu w tym najlepszym hobby pod słońcem, rozgrywka wieloosobowa nabiera coraz większego znaczenia. Trybów multiplayerowych doczekują się gry, w których na pierwszy rzut oka nie mają one prawa i sensu bytu. Takim tytułem był z pewnością , gdzie w singlu gracz wcielał się w obdarzonego demonicznymi możliwościami zabójcę i śledził klimatyczną, wciągającą historię. Dodany na siłę tryb wieloosobowy był niczym niewyróżniającą się, mdłą strzelaniną pomiędzy zwykłymi bandziorami. Absolutnie niczego nie wnosił do samej gry. Nic dziwnego, że serwery opustoszały zaraz po tym, jak pierwsza fala kupujących zdobyła osiągnięcia za grę w sieci.