Tym razem producent postanowił przybliżyć nam konflikt na półwyspie indochińskim, lepiej znany jako wojna wietnamska. Do wyboru mamy dwie zaangażowane w nią strony: Amerykanów i współdziałające z nimi siły Republiki Wietnamu oraz Demokratyczną Republikę Wietnamu wspieraną przez komunistyczne Chiny i ZSRR. Cieszy, że w porównaniu z Assault Squad cała historia została znaczenie lepiej poprowadzona. Oglądamy nieźle wykonane filmiki przerywnikowe, sterujemy żołnierzami kojarzonymi z imienia i nazwiska, a przed każdą misją miły głos informuje, jakie są jej cele i znaczenie.
Rok w piekle
Niniejszy tekst powstał na podstawie grywalnej wersji, mającego pojawić się na rynku za kilka miesięcy Men of War: Wietnam. Beta oferuje do przejścia cztery całkiem spore rozdziały. Ukończenie najkrótszego zajmuje pół godziny, najdłuższego ponad godzinę. Jak na standardy, do jakich przyzwyczaiła nas seria, także i ta część wystawia umiejętności graczy na ciężką próbę. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że walka w gęstej dżungli jest jeszcze trudniejsza aniżeli w miasteczkach Normandii.
Łatwo zgadnąć, jak wygląda kampania amerykańska. Deweloper zadbał o odpowiednią atmosferę. Jankescy żołnierze patrolują pola ryżowe, trzymając w rękach M-16, w dżungli aż roi się od morderczych pułapek Wietkongu, a nad drzewami latają charakterystyczne śmigłowce UH-1B. Z głośników zaś rozbrzmiewa oczywiście rock’n’roll. Fani filmów w stylu Czasu apokalipsy czy Plutonu powinni być wniebowzięci. Wbrew pozorom kierowanie oddziałami Wietkongu także sprawia sporo frajdy. Sterowanie czołgiem T-54 ma swój urok, a widok drzew łamanych ostrzałem śmigłowców bojowych Mi-4 robi wrażenie. Szykujemy zasadzki na Amerykanów, niszczymy wyrzutniami rakiet ich maszyny i sprawdzamy skuteczność legendarnego karabinu wyborowego SWD-63.