Nieźle się porobiło. W ostatnich kilku miesiącach skasowano tyle znajdujących się w produkcji gier, że mógłbym pewnie zapchać nimi rubrykę do końca roku. Tym niemniej, nie dajmy się zwariować – w końcu sztywniak nie zając, nigdzie nie ucieknie, tylko grzecznie poleży i poczeka na swoją kolejkę. A w międzyczasie zajrzyjmy do nieboszczyków nieco starszych, odpowiednio zleżałych i zajmijmy się nimi zanim procesy gnilne zeżrą je do cna. Co my tu mamy? O, rocznik 2006, całkiem niezły. Panie i panowie, przed Wami niedoszły symulator rozpustnika prosto ze stajni Midway. Szaleństwo? This is Vegas!
Ten prostolinijny tytuł nadano grze przygotowanej przez Surreal Software, autorów sympatycznego horrorku The Suffering. Gracz miał wcielić się w anonimowego chłoptasia, który właśnie zjawił się w tytułowej metropolii, uzbrojony tylko w zwitek banknotów o mało imponującym nominale. Na szczęście szybko wpadłby na starego znajomego, niejakiego Joey’a Nissana, który pomógłby mu w podbiciu stolicy rozpusty i hazardu. Żeby nie było zbyt pięknie, szybko poznalibyśmy także naczelnego szwarccharaktera – lokalnego magnata fast-foodów, Prestona Boyera. Ów niegodziwiec chciałby zmienić Vegas w coś na kształt nowego Disneylandu – familijnego wesołego miasteczka, wyzutego z golizny, alkoholu i innych doczesnych rozkoszy. Oczywiście nie można by dopuścić do czegoś równie potwornego, wobec czego naczelnym zadaniem naszego anonimowego bohatera miało być rozbijanie się po mieście, oddając się grzesznym i niepoprawnym politycznie czynnościom, a wszystko po to, by zachować unikalny charakter Vegas. Tak właśnie przedstawiało się wprowadzenie do gry. A jak wyglądałoby to podczas właściwej rozgrywki?
This is Vegas miało być – jak zapewne nietrudno się domyślić – sandboksem czerpiącym pełnymi garściami z tradycji GTA, aczkolwiek niesprawiedliwie byłoby nazwać je prostackim klonem. Rolę piaskownicy pełniłoby zatem tytułowe miasto, odwzorowane ponoć z wielką pieczołowitością, choć tu i ówdzie zmodyfikowane, żeby nie narazić się na pozwy ze strony właścicieli prawdziwych kasyn. Gracz miałby możliwość swobodnego przemierzania ulic i bulwarów, a także rozbijania się po ulicach luksusowymi furami. Na razie to takie GTA z neonami. Gdzie te różnice? Ano, miały one wynikać ze specyfiki miejsca akcji. Jak Vegas, to Vegas – nie mogłoby zabraknąć rozbudowanych opcji hazardu, ale na tym atrakcje się nie kończą – bohater mógłby także zabawić się w barmana, zręcznie miksując drinki i przypalając gościom papierosy, wykidajłę, a nawet zostać królem parkietu w tanecznej minigierce. Ciekawie prezentowała się możliwość naładowania specjalnego paska energii (tzw. Buzz Bomb), umożliwiającego odpalenie akcji kontekstowych. Uruchomienie BB podczas pełnienia obowiązków barmana, spowodowałoby, że zleciałyby się do baru rozochocone panienki, tylko czekające na zroszenie ich dekoltów napojami wyskokowymi. Głupawe? Owszem, ale nikt nie obiecywał sandboksa moralnego niepokoju. Autorzy obiecywali za to rozbudowane opcje indywidualizacji postaci nieograniczające się tylko do kupowania sobie coraz bardziej świecących garniturów, choć i tego nie mogło zabraknąć. Okazjonalnie gra przypominałaby sobie skąd czerpie inspiracje, skutkiem czego spotkania z przedstawicielami przestępczego półświatka, nierzadko zakończone nawalanką, strzelaniną lub pościgiem samochodowym.
I tak przedstawiało się to na papierze i we wczesnych grywalnych wersjach. Midway najwyraźniej wiązało z This is Vegas spore nadzieje, bo wywalili na nią blisko 50 milionów dolarów – suma nieco szokująca, nawet biorąc pod uwagę, że grafika była ładna, kolorowa i bogata w detale, a miasto zdawało się rzeczywiście wielkie i obfitujące w przeróżne miejscówki. Zresztą, nadmierna rozrzutność ostatecznie nie przysłużyła się ani wydawcy, ani producentowi, ani tym bardziej samej grze. Pod koniec 2008 roku Midway popadło w spore kłopoty finansowe, a po kilku miesiącach zmuszone było odsprzedać projekt Warner Bros. To właśnie Warner podjął ostateczną decyzję o zawieszeniu prac nad This is Vegas. Kropkę nad i postawiono w połowie ubiegłego roku, kiedy to gra ostatecznie wylądowała w przydrożnym rowie, gdzieś na przedmieściach, z dala od blasku neonów i rozpustnego splendoru kasyn. Nie zapowiada się, by ktoś miał ochotę się o nią upomnieć. RIP.
Oficjalne wydanie internetowe www.neogo.pl