Powiadają, że umarli nie snują opowieści. Może to i prawda, ale nikt nie mówi, że nie mogą stać się tematem historii opowiadanych przez żyjących. I temu właśnie zajęciu oddamy się, jak zwykle, w dzisiejszym wydaniu Martwych Pixeli. Jako że zaczęły się wakacje, a najnowszy, czwarty (i nie najlepszy przy tym) film z serii Piraci z Karaibów zawinął nie tak dawno do polskich kin, nadarza się okazja do wspominek jak to prężna disnejowska licencja niemal zamoczyła paluchy w growym oceanie. Trzeba przy tej okazji nadmienić, że rzadko kiedy trafia nam się topielec posłany na dno tak blisko brzegu – czy, mówiąc językiem szczurów lądowych, projekt skasowany w tak zaawansowanym stadium.
Taki właśnie los spotkał Pirates of the Caribbean: Armada of the Damned. Pierwsze wieści na jej temat ujrzały światło dzienne w roku 2009, zaś na zeszłorocznym E3 pokazano sporo całkiem obiecujących materiałów. Zdawało się, że produkt znajduje się nie dalej niż kilka miesięcy od premiery, co cieszyło tym bardziej, że zapowiadał się naprawdę ciekawie. W telegraficznym skrócie – miał to być uproszczony RPG, niekryjący inspiracji Fable, ale zarazem jak najdalszy od bezmyślnego małpowania z twórczości pana Molyneux i spółki. Podobieństw można było doszukać się głównie w nieco karykaturalnym wyglądzie postaci, a także w podstawowej koncepcji rozwoju bohatera, który pod naszą opieką mógłby przejść do legendy jako dobroduszny pirat podobny do Jacka Sparrowa (kapitana! Kapitana Jacka Sparrowa!) lub okrutny postrach mórz, groźniejszy niż Davy Jones i Czarnobrody razem wzięci. Podobnie jak w Fable, „dobre” lub złe uczynki nie pozostałyby bez wpływu na wygląd naszego awatara – wcielenie zła poszczycić mogłoby się niezdrową cerą i ogólnie trupim wyglądem, podobnym metamorfozom podlegałby także nasz statek, czy wręcz cała tytułowa armada. Nieco podobnie wyglądać miała także walka – czysto zręcznościowa, choć nie prostacka, niepozbawiona elementów w rodzaju parowania, uników, kontrataków, czy bliskich sercu każdego pirata ciosów poniżej pasa. Najfajniej prezentowałyby się chyba specjalne zagrania, takie jak płonące splunięcie rumem czy zamaszysty cios kotwiczką na linie.
Dalej robiło się jeszcze ciekawiej. Jako że licencja zobowiązuje, jednym z głównych aspektów gry miało być zdobywanie i udoskonalanie własnego statku, a w końcu całej flotylli. Nie miało zabraknąć ani rozbudowanych opcji modyfikowania i upiększania statków, ani też własnoręcznego stawania za sterem, by pokierować swoją łajbą podczas jednej ze spektakularnych bitew morskich. A te w rzeczy samej zapowiadały się całkiem epicko. O ile autorom udałoby się odpowiednio odpicować sterowanie, mogłyby stać się asem w rękawie tej, i tak intrygującej, pozycji. Dodajmy jeszcze, że świat gry miał być w pełni otwarty na frywolną eksplorację, a rozgrywka podzielona równomiernie pomiędzy misje lądowe, dbanie o flotę i bitwy morskie. A licencja kinowych hitów stanowiłaby raczej kwiatek do kożucha niż nieodłączny element gry, bo akcja miała rozgrywać się ładnych parę lat przed wydarzeniami z filmów, a nawiązania byłyby dostrzegalne raczej w ogóle niż w szczegółach. Grający zwiedziłby znane kinomanom lokacje, z Tortugą na czele, a także zmierzyłby się ze znajomymi przeciwnikami (np. rybostwory rodem z Latającego Holendra), ale to właściwie wszystko. Choć niewykluczone, że autorzy szykowali fanom niespodziankę w rodzaju krótkiego występu samego kapitana Sparrowa. Ale tego już zapewne się nie dowiemy.
Ano właśnie. Mimo całkiem sporego potencjału i przychylnych opinii mediów, Armada Potępionych zatonęła w październiku ubiegłego roku, decyzją włodarzy z Disney Interactive. Być może tytuł, wbrew pozorom, nie zapowiadał się aż tak dobrze. A może zadecydował niespecjalnie imponujący dorobek autorów. Tworzące grę studio Propaganda Games miało na koncie tylko niespecjalnie udane wskrzeszenie Turoka, zaś po skasowaniu Piratów pozwolono im dokończyć jeszcze jednego średniaka w postaci Tron: Evolution. Po wstrzymaniu prac nad PotC ze studia wywalono około setki pracowników, zaś kilka miesięcy później, po zamknięciu prac nad Tronem, firmę rozwiązano. Czy słusznie? A któż to wie, kamracie… Na pewno szkoda, że ów smutny los spotkał akurat ich najambitniejszy i najlepiej rokujący projekt. Z drugiej strony, licencja Piratów to wciąż mocna marka, wobec czego nie zdziwiłbym się gdyby tytuł wskrzeszono, w tej czy innej formie, w bliższym lub dalszym terminie. Póki co jednak, poszedł on na dno, wprost w miażdżącą otchłań Skrzyni Davy’ego Jonesa. Niech mu woda lekką będzie. RIP.
Oficjalne wydanie internetowe www.neogo.pl