Zaliczyła także krótki flirt z przemysłem filmowym, tworząc efekty specjalne do wyreżyserowanej przez Robertsa filmowej adaptacji Wing Commandera (ale akurat na to spuśćmy miłościwie zasłonę milczenia). Niestety, studio zakończyło żywot w momencie, kiedy opracowywało kilka bardzo ciekawych projektów zmierzających na Xboxa 360. Jednym z nich był sequel Freelancera, o którym już pisaliśmy. Drugim – Project Enwor.
Enwor miał być, z grubsza rzecz biorąc, strzelaniną TPP z domieszkami innych gatunków. Gracz wcielałby się w panopka wyposażonego w futurystyczny kombinezon z plecakiem rakietowym, zaś akcja rozgrywałaby się na odległej planecie kolonizowanego przez ludzkość układu słonecznego. Więcej o fabule zwyczajnie nie wiadomo, co jest o tyle dziwne, że gra zdawała się być w mocno zaawansowanym stadium prac – światło dzienne ujrzało sporo screenów (choć wypada dodać, że część z nich na kilometr waliła upiększaniem w Photoshopie), a także kilka filmików prezentujących engine w akcji. I trzeba przyznać, że robiły one naprawdę niezłe wrażenie.
Wielkie, pieczołowicie zaprojektowane i przede wszystkim otwarte miejscówki, które swobodnie moglibyśmy eksplorować za pomocą wspomnianego już jetpacka, a do tego bujna roślinność, efektowne oświetlenie… Tylko animacja kulała, ale pamiętajmy, że była to wciąż robota w toku. Imponująco przedstawiały się także sceny epickich batalii toczonych pomiędzy dziesiątkami (jeśli nie setkami) panów w kubrakach identycznych jak ten naszego bohatera i bliżej niesprecyzowanymi insektoidalnymi obcymi (prawdopodobnie niespecjalnie zadowolonymi z obecności nieproszonych gości na swojej planecie). Gdyby autorom udało się zachować obiecywaną liczbę postaci wyświetlanych na ekranie, Enwor spokojnie mógłby udawać pod tym względem kolejne Dynasty Warriors, czy inne Ninety Nine Nights.