Nintendo z jednej strony jest niesamowicie innowacyjne, a przez to odważne, z drugiej zaś trzyma się wypróbowanego przepisu na sukces i z nieufnością spogląda na posunięcia konkurencji. W latach swojej świetności NES czy Game Boy w różnych wariantach pokonały platformy innych firm, mimo że technologicznie były nieraz daleko w tyle. NDS i Wii wytyczyły nowe ścieżki w graniu stacjonarnym i przenośnym – bez odwoływania się do zaawansowanej grafiki i praktycznych udogodnień. Tym samym torem jedzie dumny hydraulik w swoim małym bolidzie.
Mario Kart 7 to stare dobre Mario Kart z kilkoma nowościami. Czy to wystarczy? Moim zdaniem jak najbardziej. Zresztą wątpię, żeby ktokolwiek liczył na spektakularne odejście od przyjętej konwencji i – bo ja wiem – wprowadzenie trybu menadżerskiego w stylu B-Spec z Gran Turismo 5 czy systemu zniszczeń. Nadal na starcie stają małe samochodziki, a zza kierownic wychylają się uwielbiane postacie z uniwersum wąsatego hydraulika.
Klasyczne rozwiązania zostały uzupełnione drobnymi szczegółami: możliwością modyfikacji pojazdów (wybieramy nadwozie, wielkość kół i rodzaj latawca), elementem szybowania czy sekwencjami podwodnymi. W Mario Kart 7 po wyleceniu z odpowiednio dużej wyskoczni otwiera się nad nami latawiec, a wpadnięcie do głębokiej wody w żadnym wypadku nie kończy się „odholowaniem” pojazdu przez Lakitu na chmurce.
Te nowości świetnie sprawdzają się w połączeniu ze znanym i lubianym modelem jazdy. Mało tego: podwodne fragmenty doskonale urozmaicają klasyczne trasy, które Mario Kart 7 zapożycza z poprzednich odsłon serii. Bo trzeba zaznaczyć, że do edycji na 3DS-a powracają niektóre tory ze SNES-a, Gamecube’a czy Wii. Wisienką na torcie jest tryb wieloosobowy (tradycyjny wyścig, zbijanie balonów przeciwnika, zbieranie monet), zarówno off-, jak i online, do którego zdążyła nas już przyzwyczaić odsłona z poprzedniego DS-a.
Mario Kart 7 to swoisty obraz współczesnego Nintendo. Gra jest maksymalnie zachowawcza i nie stara się specjalnie udziwniać czy ulepszać sprawdzonej formuły. Nie zaskakuje, dalej robi swoje i dostarcza fanom to, czego oczekują. Już dawno przyzwyczailiśmy się, że każda konsola Nintendo od czasów SNES-a otrzymuje swoje wyścigi kartów i nie widać końca tej tendencji. „Lepsze wrogiem dobrego” wydaje się być najwłaściwszym podsumowaniem wyścigowej serii z hydraulikiem. Oczywiście w mniemaniu oddanych zwolenników Nintendo, których (na szczęście dla japońskiego giganta) nie brakuje.