To, że lubię dziwne gry, słyszę zaskakująco często. Nie zawsze jednak w dobrym kontekście. Kiedy ktoś, kogo znam przeczyta trzy zdania odnośnie tytułu, który mniej lub bardziej odstaje od pozycji zaliczanych do popularnych gatunków, zwykle pyta się mnie, czy w to grałam lub przynajmniej ową grę znam. Niezwykle często zdarza mi się też słyszeć z tego powodu wyszukane docinki. Ale muszę w końcu spojrzeć prawdzie w oczy: naprawdę lubię dziwne gry.
Co sprawia, że gra jest dziwna? To dość dobre pytanie. Zwykle znajduje się w niej coś, co czyni ją wyjątkową na rynku. Fabuła, postać, rozwiązania użyte w mechanice. Często też utrzymana jest w nietypowej konwencji stylistycznej. W każdym razie są to takie gry, o których często się słyszy, chociaż czasem nie zna się nawet nikogo, kto ów tytuł posiada.
Czy to źle lubić dziwne gry? W żadnym wypadku. Chociaż często nie są to wysokobudżetowe produkcje, a wiele z nich umyka oku profesjonalnych krytyków, to mają one swoją niezaprzeczalną wartość. W nich bowiem dochodzi często do śmiałych eksperymentów zarówno z prezentowaną w nich treścią, jak i formą, w którą ta jest ubrana. To z tego powodu zapamiętujemy te produkcje – często śmieszą nas pomysły zawarte w danym tytule, bądź sposoby rozwiązania mechaniki. A jak mówił kiedyś Tim Schafer: humor jest dla gier niezwykle istotny. Ale dziwne gry często poruszają też tematy bardzo poważne. Śmierć, przemijanie, miłość, utrata wewnętrznej, budowanej przez całe życie tożsamości to tematy, z którymi mam szansę styczności, często nie dawaną mi przez większe i popularne tytuły, uznawane zazwyczaj za „gry normalne”.
Dodatkowo duży procent gier dziwnych to gry niezależne. Wiele z nich jest darmowa. Nie muszę chyba pisać, że to spory plus na ich konto. Co prawda zwykle przez to są tytułami krótkimi, ale to też wielokrotnie uznaję za ich atut. Kiedy wieczorem zasiadam przed którąś z moich konsol lub przed PC i nie mam akurat zbyt wiele czasu, mogę spokojnie pochylić się nad jakimś nowym tytułem i przejść go jeszcze przed snem.
Nie znaczy to rzecz jasna, że dziwne gry nie istnieją pośród wysokobudżetowych i popularnych tytułów. Chyba każdy grał, dajmy na to, w MDK (Shiny Entertainment, 1997). Nie wiem ilu ludzi powiedziałoby jednak, że to nie była dziwna gra.
Dziwne gry świadczą przede wszystkim o wielkiej pomysłowości twórców. Pokazują, że medium gier elektronicznych daje ogromne możliwości kreacyjne i w żadnym wypadku nie musi powielać raz już wypracowanych schematów. To z tego powodu właśnie w tej chwili wychodzi tak wiele wyjątkowych gier niezależnych. I mają one całe rzesze odbiorców! Spokojniej mi się śpi w nocy, kiedy wiem, że nie tylko ja w nie gram. Chciałabym jednak, by więcej ludzi dawało im szansę. Stąd pozwolę sobie polecić Wam dwa tytuły, które skłoniły mnie do wyznania, widocznego w tytule (chociaż może powinnam przyznać się do tego już dużo wcześniej). Nie są to może twory najdziwniejsze na rynku... Każdy z nich jest jednak na swój sposób wyjątkowy.
Which
Which to gra typu escape the room z elementami horroru (chociaż nie jest bardzo straszna) z perspektywy pierwszej osoby. Posiada kilka elementów gore. Wymaga od nas wydostania się z małego, dwupiętrowego domu z szeregiem zamkniętych drzwi. To jeszcze nie czyni z niej jednak gry dziwnej.
Co zainteresowało mnie w niej to aspekt wizualny. Ściany domu, meble i wszelkie przedmioty, z którymi wchodzimy w kontakt zbudowane są za pomocą światła i cienia. Dostarcza to rzadko spotykanych przeżyć estetycznych i dodaje Which fantastycznego klimatu. Dodatkowo twórca (Mike Inel) zastosował w niej niezwykle wdzięczną animację postaci i efekty kamery, znane między innymi z horrorów azjatyckich (chociaż występują też w innych produkcjach kinematograficznych).
Gra stworzona jest na silniku DarkBasic Professional 7.4 i dostępna jest za darmo. Do ściągnięcia dla każdego, od zaraz z tej strony. Przejście jej nie zajmuje wiele czasu (udało mi się ją skończyć w kilkanaście minut). Oferuje w sumie dwa zakończenia, w zależności od podjętego przez nas wyboru.
The Graveyard
Trudno mi zaklasyfikować The Graveyard. Wielu nie zgodziłoby się, że jest to w istocie gra. Ja jednak założyłam, że właśnie tym jest – co więcej jestem w stanie kłócić się, że chociaż interakcja jest w tym wypadku bardzo ograniczona, dała mi swoiste poczucie przywiązania do przedstawionej postaci.
The Graveyard to krótka interaktywna scenka, gdzie dane jest nam wcielić się w starszą panią, która odwiedza tytułowy cmentarz. Jedyne co właściwie możemy zrobić, to udać się babuszką przed siebie alejką w stronę kaplicy. Przy niej znajduje się ławeczka, na której kobiecina jest w stanie usiąść. Tam, oglądając nagrobki, popada w zadumę nad przemijaniem życia, która opisana jest w słowach grającej w tle piosenki. Kiedy muzyka przestanie grać, możemy udać się w drogę powrotną. To oferuje nam darmowa wersja trial, dostępna na stronie producenta gry (belgijskie studio niezależne Tale of Tales). Jeśli zdecydujemy się przeznaczyć na grę pięć dolarów, jej zakończenie staje się zgoła inne. Zmienia się właściwie tylko jeden aspekt gry – staruszka może umrzeć. Rzecz jasna nie musi się to stać. Jednak istnieje takie prawdopodobieństwo. I tu właśnie owa znikoma interakcja pokazuje, czemu The Graveyard należy uznać de facto za grę.
Konwencja nieinteraktywnej animacji nie byłaby w stanie przedstawić mi w pełni tego, co czyni gra. Powoli poruszając się staruszką widać i czuć jak dokładnie posunięta jest w wieku. Kilka razy zdarzyło mi się nawet przystanąć nią, żeby nie musiała kuśtykać w stronę ławki tak szybko – a przecież zwykle każe wszystkim postaciom biegać, jakby od tego ich życie zależało. Myślę, że każdy może poświęcić chwilę, by zobaczyć The Graveyard - wystarczy wygospodarować na to 10 minut. A jest to twór dość ciekawy. Tale of Tales wydało zresztą więcej produkcji, które wielu uznałoby za dziwne.
Oficjalnie przyznałam się więc do faktu, że lubię dziwne gry. I nie mam zamiaru się tego wstydzić.