Prowadzi bar w Dundee o nazwie „Pod mydłem i spluwą”. Znany jest z tego, że tuż przed zamknięciem lubi wychylić swoją codzienną porcję pędzonej w piwnicy u sąsiada whisky i podzielić się kilkoma opowieściami z czasów, gdy był w armii. A jeśli odrobinkę się zapomni i naleje sobie drugą szklankę, to może wspomni o tym, jak nie wytrzymał i tuż po pierwszej poważnej próbie na obozie spakował manatki i wrócił do rodzinnego miasta. Następnego dnia ma kaca, którego może uleczyć tylko szklaneczka czegoś na dzień dobry i rozbicie kilka łbów bękartom, brzydko wyrażających się o królowej, niech Bóg czuwa nad jej rządami.
Dobry chłop z tego Johna. Jakoś przełknął zniewagi dowodzących w oddziale, puścił mimo swoich dumnych, szkockich uszu wyzwiska w stylu „pieprzony nowy”. Nerwy puściły mu dopiero w momencie, gdy musiał zaliczyć kurs szkoleniowy w magazynie 43 razy w ciągu 1 dnia, aby zaspokoić chore wymagania tego pieprzonego Anglika palącego cygaro wbrew przepisom przeciwpożarowym, kapitana Price’a. Śmierdziało od niego kiepską whisky, kupioną w monopolowym na blokowisku, a z pomiędzy żółtych zębów zawsze wystawały mu pozostałości po ostatnim cygarze.
Nie chodziło tylko o wyzwiska i wymagania, do tego John był przyzwyczajony. Najbardziej jednak przerażały oczy Price’a – były niczym mroczne fale morza rozbijające się o białe klify Dover. Ten błękit miał niewiele wspólnego ze spokojnymi głębinami, zmierzał raczej w stronę mieszaniny kiepsko chowanej urazy do historii, która według niego zgwałciła Imperium i przeświadczenia o własnej wartości, gdzieniegdzie ujawniając spienione kłęby czającego się tuż za granicą świadomości szaleństwa. Przynajmniej tak to ujmuje po 2 szklaneczkach. Z połączenia niezrównoważenia psychicznego i niezrównanego szkolenia nie może wyjść nic dobrego, pomyślał wtedy John i wycofał się z armii.
Mój John MacTavish wraca po zamknięciu baru do swojego małego mieszkania, włącza telewizor w oczekiwaniu na informacje o kolejnej porażce Dundee F.C i tylko jednym uchem wychwytuje wiadomości o jakichś zamieszkach w Rosji (stłumionych), o próbie przewiezienia głowicy nuklearnej na Bliski Wschód (udaremnionej), o specjalnej komisji w amerykańskim kongresie, zajmującej się sprawą jakiegoś generała ze zbyt wielkimi ambicjami i wpływami w CIA (popełnił samobójstwo na swoim rancho w Teksasie). Kładzie się do łóżka, nad którym wciąż wisi plakat rekrutacyjny S.A.S. i marzy o wojskowej chwale, która zapewne byłaby jego udziałem, gdyby nie ten obłąkany Anglik i jego śmierdzące, rozmokłe cygaro.
Moje pierwsze Modern Warfare szybko się kończy – wolę tę wersję historii.
W kwietniu zajmować się będziemy hasłem „historia”, a więc spodziewać się po nas możecie artykułów nie tylko na temat wagi fabuły w grach, ale również i kilku materiałów na temat rozwoju pewnych gatunków gier czy sposobu, w jaki takie serie jak Total War czy Europa Universalis postrzegają zjawisko historii. Być może nawet uda mi się namówić redaktora Gąskę na jakiś tekst o zakończeniu Mass Effecta 3, bo to chyba jedna z większych afer wokół fabuł gier ostatnich lat…